fot. Ewa Sądej/Nasz Dziennik

Brakuje lekarzy specjalistów

Jednym z wyzwań w reformowaniu służby zdrowia jest brak lekarzy specjalistów. Są placówki, gdzie braki widać niemal we wszystkich specjalizacjach. Szczególnie mało jest chirurgów czy anestezjologów, ale  pediatrów i internistów jest też jak na lekarstwo. To efekt zaniedbań ostatnich 20 lat, kiedy to obniżano limit przyjęć na studia medyczne.

– Przez te 20 kilka lat pracy nie spotkałem się z tym, żeby padały nam oddziały, żeby zamykano oddziały wewnętrzne – zauważa Przemysław Błaszak, ordynator oddziału chorób wewnętrznych szpitala w Gnieźnie.

Tak się dzieje w niektórych miejscach Polski. Na przykład w Dąbrowie Górniczej. W lutym zamknięto tam jeden z oddziałów. Statystki są zatrważające. Dziś prawie dwa razy mniej studentów niż 20 lat temu kończy uczelnie medyczne. To efekt limitów przydzielonych szkołom, mówi Krzysztof  Kordel z Wielkopolskiej Izby Lekarskiej.

– To jest decyzja podjęta 1994 roku przez polski parlament, gdzie w sposób radykalny obniżono limity przyjęć na studia, co musiało się skończyć tak, że jesteśmy na przedostatnim miejscu w Europie, jeżeli chodzi o ilość lekarzy – zaznacza Krzysztof Kordel z Wielkopolskiej Izby Lekarskiej.

Brakuje chirurgów, neurochirurgów, urologów, ale także anestezjologów, pediatrów czy internistów. Lekarzy jest zbyt mało w szpitalach. Braki widoczne są też w przychodniach i poradniach. Krzysztof Bestwina, dyrektor szpitala w Gnieźnie, dostrzega kilka przyczyn takiego stanu rzeczy.

– Mimo wszystko nie jesteśmy atrakcyjnym rynkiem pracy, jeżeli chodzi o wynagrodzenie dla lekarzy – podkreśla Krzysztof Bestwina, dyrektor szpitala w Gnieźnie.

Stąd wielu studentów medycyny myśli o tym, gdzie wyjedzie po zakończeniu nauki.  Dodatkowo niektóre specjalizacje postrzegane są jako mało atrakcyjne. Nie we wszystkich zakątkach Polski sytuacja z brakiem lekarzy jest taka sama – tłumaczy Szczepan Cofta, naczelny lekarz szpitala Przemienienia Pańskiego w Poznaniu.

– To jest tak, że są szpitale kliniczne, w których pracuje 400- 500 lekarzy, a są szpitale powiatowe, w których nawet na internach trudno znaleźć jednego czy dwóch lekarzy – mówi Szczepan Cofta Szpital Kliniczny Przemienienia Pańskiego w Poznaniu.

Stąd też pacjenci wolą leczyć się w dużych miastach. Tam łatwiej o doświadczonego specjalistę. Długie kolejki do lekarzy to wina również samych pacjentów. Często ze sprawą, jaką mogliby „załatwić” u lekarza rodzinnego, idą do specjalisty.

– Polacy nie bardzo potrafią się poruszać się w systemie. Zapomina się, że lekarz rodzinny nie jest wystawcą skierowań do specjalisty, ale specjalistą medycyny rodzinnej – zaznacza Krzysztof Kordel z Wielkopolskiej Izby Lekarskiej.

Jak problem rozwiązać? Po pierwsze, trzeba położyć nacisk na edukację pacjentów.  Po drugie, należałoby stworzyć mechanizmy zachęcające lekarzy do przenosin z dużych miast do ośrodków mniejszych, gdzie braki są najbardziej odczuwalne. Jest jeszcze trzeci powód.

– Jako lekarze jesteśmy poddani presji formalizacji i administracji. W krajach bogatych, najbogatszych nie absorbuje się lekarzy w takiej mierze, jak u nas pracą administracyjną – podkreśla Szczepan Cofta ze Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego w Poznaniu.

W Polsce na 10 tysięcy mieszkańców przypada 22 lekarzy. Średnia dla krajów Unii Europejskiej to ponad 30 lekarzy na 10 tysięcy osób.


 

TV Trwam News/RIRM

drukuj