„Benedictus qui venit…”

To zawołanie biblijne towarzyszyło Benedyktowi XVI
w czasie całej jego pielgrzymki "po śladach Jana Pawła II". Była to pielgrzymka
do kraju, z którego wyszedł
Papież Jan Paweł II, również pielgrzymka do "wiernych Kościoła, który jest
w Polsce", ale także do Narodu Polskiego widzianego jako całość. Bowiem pełni
darów Bożych – jak to zapowiedział na początku – Benedykt XVI życzył "całemu
narodowi polskiemu". Rzeczywiście tego Kościoła, "który jest w Polsce", nie
można oddzielić od Narodu Polskiego (choć wielu wrogów usilnie nad tym pracuje),
a także tego Narodu, którego dzieje są zrozumiałe tylko w świetle Chrystusa,
nie da się oddzielić od "tego Kościoła, który jest w Rzymie", czyli od Kościoła
powszechnego, zbudowanego na tej skale, którą stał się Piotr, a która (skała)
stanowi zarazem widzialny znak tej Skały, którą jest Chrystus.

Odwiedził nas Chrystus w Benedykcie XVI
"Benedictus qui venit" – ponieważ tym "przychodzącym" w najgłębszym tego słowa
znaczeniu – jest sam Chrystus, który uczynił Piotra i jego następców widzialnym
znakiem swojej obecności na ziemi – "aż do skończenia świata" (Mt 28, 20).
Fakt ten był dla nas szczególnie czytelny w czasie pierwszej pielgrzymki
Jana Pawła II do Polski. Na plac Zwycięstwa poszedłem z transparentem głoszącym
uroczyście: "W Tobie witamy Chrystusa". Nikt z zebranych na placu nie protestował
przeciw treści tego hasła, choć protestowali, że im zasłaniam widok na Papieża.
Taki jest ten świat, złożony z rzeczy widzialnych. Dzielą się one na dwie
kategorie: rzeczy, które ukazują sobą świat niewidzialny, i rzeczy, które
go zasłaniają. Trzeba powiedzieć, że Benedykt XVI stanął między nami jako
ten, który sobą ukazał "Boga, który jest Miłością". Byli jednak i tacy, którym
ten Papież coś "zasłonił", ale o tym później.
Benedykt XVI pokazał, że nas kocha i sam dał się pokochać dzięki swej pokorze
i szczerości serca i dzięki temu, że autentycznie wyrażał miłość i wdzięczność
dla swego "Wielkiego Poprzednika". Niemal doświadczalnie mogliśmy odczuć, jak
działa w Kościele Powszechnym prawo tradycji, w której tajemnica Ewangelii
jest przekazywana z pokolenia na pokolenie samym życiem zaszczepionym na Krzewie
winnym, czyli w Chrystusie. Stąd także to papieskie wezwanie: "Abyście pozostali
wiernymi strażnikami chrześcijańskiego depozytu, byście go strzegli i przekazywali
następnym pokoleniom" (28 maja, Kraków). Stąd tak mocne podkreślenie roli Chrztu
świętego, w którym zawiera się program całego życia chrześcijańskiego (27 maja,
Wadowice).

Dom na skale
To przekazywanie ewangelicznego depozytu "następnym pokoleniom" wymaga, by
te pokolenia spotkały się na właściwym gruncie, w "domu" "budowanym na skale",
którą jest Chrystus, Głowa Kościoła. Przemawiając do młodzieży zgromadzonej
licznie na Błoniach krakowskich, Benedykt XVI nawiązał do podstawowego pragnienia
zakorzenionego w sercu ludzkim – pragnienia domu. Równocześnie pokazał, że
najgłębszą prawdą domu (jako symbolu życia) jest "miłość ukrzyżowana". Tylko
ta miłość stanowi fundament spotkania osób ludzkich, spotkania, które prowadzi
do jedności trwałej, przenikniętej świętością i otwartej ku przyszłości,
która przekroczy krąg jednostkowego egoizmu i stanie się służbą dla "następnych
pokoleń". W tej historii "budowania domu" trzeba dostrzec "obecność Jezusa":
"obecność w dziele stworzenia, obecność w Słowie Bożym i Eucharystii, we
wspólnocie ludzi wierzących i w każdym człowieku odkupionym drogocenną Krwią
Chrystusa, ta obecność jest niegasnącym źródłem ludzkiej siły".
Ta bogata, wielowymiarowa "obecność" Chrystusa, wkraczająca we wnętrze "domu"
budowanego przez człowieka, w szczególny sposób odnosi się do rodziny, dzięki
czemu owa wspólnota przyjmuje duchowy kształt Kościoła. Wprawdzie w przemówieniu
do młodych Benedykt XVI nie sformułował wyraźnie tematu "rodziny", ale to,
co powiedział, w całości odnosi się do rodziny zarówno rozumianej ściśle, jak
i tej rozumianej szerzej (analogicznie), czyli narodu, a także do tej powszechnej
rodziny dzieci Bożych, którą stanowi Kościół. Życie ludzkie jest bowiem podstawowo
wpisane w tę wspólnotę, która według przedwiecznego planu Bożego miała być
obrazem i Domem Trójcy Przenajświętszej. Obecnie, jak wiemy, ten charakter
"zadomowienia" człowieka może się urzeczywistnić tylko w jedności z Kościołem
Jezusa Chrystusa mocą sakramentów, w których w tajemniczy sposób działa sam
Duch Święty.

Nie odrzucać Chrystusa
Benedykt XVI dotykał tematów zasadniczych i ujmował je w ich najgłębszej istocie,
jednak nie miał na tyle czasu, aby rozwinąć ich szczegółowe implikacje. Wyjaśniając
przypowieść o "budowaniu na skale", dotknął w sposób znaczący aspektu historycznego
(względnie historiozbawczego), który w samej przypowieści jest tylko lekko
zasygnalizowany, a który okazuje się bardzo aktualny także w obecnym czasie.
Chodzi o to, że budować na skale, to "znaczy również budować na kimś, kto
jest odrzucony". Tym Kimś odrzuconym jest Chrystus, o którym św. Piotr mówi,
że "jest żywym kamieniem, odrzuconym przez ludzi, ale u Boga drogocennym
i wybranym" (1 P 2, 4).
To spotkanie z Chrystusem pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje moralne
i duchowe. Z jednej strony "nie ukrywa tajemnicy zła, które sprawia, że człowiek
jest w stanie odrzucić Tego, który go do końca umiłował". Z drugiej strony
pojawia się tu wezwanie do trwania w postawie solidarności z Chrystusem, bez
którego życie ludzkie traci cały swój sens. To spotkanie z Chrystusem stanowi
centralne kryterium decydujące o kierunku życia: jest to moment zwrotny, rozstrzygający
o tym, czy życie ludzkie zostanie ocalone, czy przekreślone. To punkt zwrotny
całej historii ludzkości: ani poszczególny człowiek, ani naród czy wspólnota
narodów nie może Chrystusa "pominąć" lub "wziąć w nawias" i działać w świecie,
jakby nic się nie stało. Chrystusa można jedynie przyjąć lub odrzucić: od tego
zależy cały kierunek historii osoby, wspólnoty czy całej ludzkości.
Benedykt XVI nie ukrywa przed młodymi tej trudnej prawdy, że dramat odrzucenia
Chrystusa obciąża także nasze czasy. "Jezus niejednokrotnie jest ignorowany,
jest wyśmiewany, jest ogłaszany królem przeszłości, ale nie teraźniejszości,
a tym bardziej nie jutra, jest spychany do lamusa spraw i osób, o których nie
powinno się mówić na głos i w obecności innych". Spotkanie się z taką sytuacją
jest "próbą wiary", która staje się okazją do jej umocnienia. "Wiara żywa musi
ciągle wzrastać", a wzrasta przez zwycięską konfrontację z niewiarą.
Oparciem dla wiary jest Słowo Boże i pielęgnowanie żywej Tradycji Kościoła,
u źródeł której stoi heroiczne męstwo apostołów i męczenników. Od początku
toczy się walka o wierność Słowu Chrystusa przeciw tym, którzy Ewangelię pojmują
selektywnie, relatywistycznie i subiektywistycznie. Chrześcijanin powinien
być świadom, iż "tylko cała prawda pozwoli przylgnąć do Chrystusa, który umarł
i zmartwychwstał dla naszego zbawienia" (26 maja, Warszawa). Wierzyć to znaczy
przyjąć całą prawdę objawioną w Osobie Chrystusa i uczynić ją zasadą życia.
Wiara, która staje się treścią życia, objawia się w miłości. "Wiara polega
na głębokiej, osobistej relacji z Chrystusem, relacji opartej na miłości Tego,
który nas pierwszy umiłował (por. 1 J 4, 11) aż do całkowitej ofiary z siebie".
Miłować to także trwać przy Chrystusie w godzinie próby, "podążać za Nim także
drogą krzyżową, w nadziei, że niebawem nadejdzie poranek zmartwychwstania",
to także "żyć zgodnie z myślami i uczuciami Jego Serca" (26 maja, Warszawa).
Benedykt XVI nie ukrywa przed słuchaczami prawdy, iż budowanie domu opartego
na skale, czyli na Chrystusie, wymaga męstwa koniecznego, by stawić czoła przeciwnościom.
"Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom…"
(Mt 7, 25). Jednak "kto wierzy w Chrystusa, na pewno nie dozna zawodu. Bądźcie
świadkami nadziei, tej nadziei, która nie boi się budować domu swojego życia,
bo dobrze wie, że może liczyć na fundament, który nie zawiedzie nigdy: Jezusa
Chrystusa, naszego Pana" (27 maja). Jest to głęboka prawda, którą Ewangelia
oświeca życie ludzkie widziane w jego wszystkich wymiarach: osobowym, wspólnotowym,
doczesnym, historycznym czy jakimkolwiek. Społeczeństwa i narody są wezwane,
by trwały przy Chrystusie pomimo różnych żywiołów szalejących nie tylko we
wnętrzu ludzkich serc, lecz także na szerokim teatrze świata. Scena wielkiego
świata nie jest wyemancypowana od powszechnych praw, których źródło stanowi
Boża Mądrość (prawo naturalne) i Boża Miłość (Odkupienie i Prawo Ducha Świętego).
Nie można inaczej planować postępu ludzkości, jak idąc Drogą, którą jest Chrystus
i jak uwierzyć Jego Prawdzie i żyć Jego Miłością. Jest to nowy i ostateczny
kształt życia ofiarowany ludzkości jako owoc Męki i Zmartwychwstania Chrystusa.
Próba kształtowania historii ludzkiej na innej zasadzie i w innym kształcie
to nie tylko pomyłka, lecz równocześnie zdrada Boga i zdrada człowieka. Stąd
to pobudzające do myślenia wezwanie Papieża, aby stojąc na ziemi, wpatrywać
się w niebo. "Czytamy, że gdy Apostołowie usiłowali zwrócić uwagę Zmartwychwstałego
na kwestię przywrócenia królestwa Izraela, On uniósł się w ich obecności w
górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu" (28 maja, Kraków). Nie wystarczy już
człowiekowi ziemska perspektywa "królestwa Izraela", które można ogarnąć wzrokiem.
Chrystus wstępujący w Niebo unosi z sobą całe bogactwo Bożego Królestwa, które
jest widzialne jakby "w obłoku", czyli mocą wiary. Chrystus zasiadający po
prawicy Ojca otwiera przed ludzkością nową perspektywę, która przekracza nieskończenie
wszystko, co może być owocem ludzkiej fantazji i do tej niepojętej pełni życia
wzywa i zaprasza poprzez głoszenie Ewangelii. "Jesteśmy wezwani, by stojąc
na ziemi, wpatrywać się w niebo – kierować uwagę, myśl i serce w stronę niepojętej
tajemnicy Boga. By patrzeć w kierunku rzeczywistości Bożej, do której od stworzenia
powołany jest człowiek. W niej kryje się ostateczny sens naszego życia" (28
maja, Kraków).

Ziemia szczególnego świadectwa
To patrzenie w kierunku "rzeczywistości Bożej" nie oznacza bynajmniej lekceważenia
"rzeczywistości ziemskiej", lecz napełnia człowieka światłem, w którym zaczyna
prawdziwie rozumieć swoją rolę na tej ziemi. "Duch Święty zstąpi na was,
otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei,
i w Samarii i aż po krańce ziemi" (Dz 1, 8). Przypomniał Benedykt XVI, że
"te słowa dotarły również przed wiekami na polską ziemię i wciąż stanowią
wyzwanie dla wszystkich, którzy się przyznają do Jezusa Chrystusa i dla których
Jego sprawa jest najważniejsza". Co więcej – mówi obecny Papież – "Wraz z
wyborem Karola Wojtyły na Stolicę św. Piotra, by służył całemu Kościołowi,
wasza ziemia stała się miejscem szczególnego świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa.
Wy sami zostaliście powołani, by to świadectwo składać wobec całego świata.
To wasze powołanie jest nadal aktualne, a może nawet jeszcze bardziej od
chwili błogosławionej śmierci Sługi Bożego. Niech nie zabraknie światu waszego
świadectwa!" (28 maja, Kraków).
Słowa o niezwykłej powadze, które powinny wniknąć w sumienia wszystkich Polaków.
Jednak prawdą jest, że już wcześniej nasza ziemia stała się terenem szczególnego
świadectwa. Już w 1920 r. Polska pokazała, że wiara i modlitwa mają większą
moc niż uzbrojone bandy Czerwonej Armii niosące na swoich bagnetach żagiew
rewolucji światowej. Już w 1939 r. Polska pokazała, że nie podda się szatańskiej
pysze Hitlera i będzie bronić swego istnienia jako naród i jako państwo, wierząc
nadal w Kościół i "Tę z Jasnej Góry" – jak to stwierdził sam gubernator Hans
Frank. Państwo polskie nadal istniało w podziemiu, a armia walczyła na wszystkich
frontach, broniąc honoru i praw Narodu. Wszyscy, którzy wzięli udział w boju
o Monte Cassino, mieli przy sobie różaniec, a w przeddzień bitwy przystąpili
do Komunii Świętej. Prawdziwymi świadkami i męczennikami byli także ci, których
bolszewicy, działający w sojuszu z Hitlerem, wywieźli na Wschód, gdzie ginęli,
nie przestając wpatrywać się wzrokiem duszy w twarz Madonny Kozielskiej lub
tej Madonny z Kołymy, którą później cudownie ocalony żołnierz przyniósł na
Jasną Górę. Nikt nie policzy, ile było heroicznych świadectw dawanych na tej
ziemi, skąd chciano wypędzić Boga, by uczynić ją piekłem, od Wisły po Ural
i od Katynia po Kołymę.
Na osobne podkreślenie zasługuje jednak to świadectwo, jakie złożył w obozie
Auschwitz św. Maksymilian Kolbe. Całej zorganizowanej machinie pogardy i zniszczenia
rzucił w twarz swoje wyzwanie miłości wyrażonej w ofierze za drugiego człowieka.
Powtórzył niejako dokładnie to, co uczynił wcześniej Chrystus, oddając swoje
życie za ludzkość w akcie krzyżowej ofiary. Było to wspaniałe zwycięstwo tego
Rycerza Niepokalanej nad zaprzysiężonymi wrogami Boga i chrześcijaństwa. Bóg
żyjący w ojcu Maksymilianie okazał się silniejszy niż wszystkie dywizje Hitlera
i wszystkie szwadrony śmierci siejące grozę i terror. Nikt nie odbierze chwały
temu Rycerzowi Maryi, który odważnie sięgnął po ofiarowane mu dwie korony.
Jego sława sięga od Niepokalanowa po Nagasaki i od ziemi do Nieba.
A mówiąc o ojcu Maksymilianie, czy wolno zapomnieć o Edycie Stein, która całe
życie szukała Prawdy, a znalazła Miłość Chrystusa Ukrzyżowanego i w zjednoczeniu
z tą Miłością złożyła dobrowolną ofiarę ze swego życia – w tym samym obozie
śmierci – za swój naród żydowski, modląc się o jego nawrócenie? Oni oboje –
kapłan i karmelitanka – uratowali honor ludzkości w bezpośrednim zderzeniu
z barbarzyństwem XX wieku. Oni stali się żywym świadectwem Chrystusa na tej
ziemi, z której chciano usunąć Boga, oni stali się we własnej osobie znakiem
obecności Chrystusa, który zawsze jest najbliżej tych, którzy są najbardziej
udręczeni, i którym odmawiano prawa do człowieczeństwa.

Teologia Auschwitz
Dlatego Benedykt XVI, jako Głowa Kościoła Chrystusowego, przybywając do Auschwitz,
na miejsce "niezliczonych zbrodni przeciwko Bogu i człowiekowi", rzucił światło
na moralne i religijne aspekty tych tragicznych wydarzeń wpisanych w historię
Europy, nie identyfikując się z żadną stronniczą opcją polityczną. Dlatego
grzech nazwał grzechem i modlił się o dar pojednania między ludźmi, które
może się dokonać tylko na gruncie pojednania z Bogiem. Ogrom zła dokonanego
na tej ziemi jest jakimś "misterium iniquitatis" i dlatego wymyka się czysto
racjonalnym spekulacjom, zwłaszcza prowadzonym w duchu stronniczej i zacietrzewionej
polemiki. To, co jest konieczne, to upokorzenie się przed nieprzeniknioną
tajemnicą Boga i zrezygnowanie z chęci sądzenia Boga i weryfikowania Jego
zamiarów ukrywanych za Jego rzekomo obojętnym milczeniem. Nie możemy być
sędziami Boga i historii. "Nie obronimy w ten sposób człowieka, przeciwnie,
przyczynimy się do jego zniszczenia". To upomnienie skierowane – domyślnie
– do fanatycznych obrońców człowieka, gotowych go bronić za cenę zaatakowania
samego Boga, jest właśnie dziś nader aktualne. Papież wzywa do modlitwy płynącej
z wiary i zaufania do Boga, modlitwy, by w sercach ludzkich panowało Boże
światło i Jego moc miłowania. "Zanośmy to wołanie do Boga, skierujmy je również
do naszych serc właśnie teraz, gdy pojawiają się nowe zagrożenia, gdy w ludzkich
sercach zdają się na nowo panować moce ciemności: z jednej strony nadużywanie
imienia Bożego dla usprawiedliwienia ślepej przemocy wobec niewinnych osób;
z drugiej cynizm, który nie uznaje Boga i szydzi z wiary w Niego. Wołamy
do Boga, aby pomógł ludziom opamiętać się i zrozumieć, że przemoc nie buduje
pokoju, ale rodzi tylko dalszą przemoc – potęgujące się zniszczenie, które
sprawia, iż w ostatecznym rozrachunku przegrywają wszyscy" (28 maja, Oświęcim-Brzezinka).
Komentując tablice upamiętniające męczeństwo wielu narodów, Papież nie zaprzeczył,
że naród żydowski był jednym z tych, które ucierpiały w wybitnym stopniu, ale
nie zniżył swego komentarza do poziomu wątpliwej filozofii nacjonalistyczno-rasistowskiej,
lecz podkreślił istotny w tym wypadku wymiar moralny zbrodni. Zwrócił uwagę
na "cynizm władzy, która traktowała ludzi jak przedmioty, nie dostrzegając
w nich Bożego obrazu". Ojciec Święty zwrócił uwagę na głęboko antyreligijny
czy anty-teistyczny (ostatecznie anty-chrystusowy) wymiar zbrodni popełnionej
wobec Żydów, co nie zawsze jest właściwie rozumiane. "W istocie, bezwzględni
zbrodniarze, unicestwiając ten naród [żydowski – dop. autora], zamierzali zabić
Boga, który powołał Abrahama, a przemawiając na górze Synaj, ustanowił zasadnicze
kryteria postępowania ludzkości, obowiązujące na wieki. Skoro ten naród przez
sam fakt swojego istnienia stanowi świadectwo Boga, który przemówił do człowieka
i wziął go pod swoją opiekę, to trzeba było, aby Bóg umarł, a cała władza spoczęła
w rękach ludzi – w rękach tych, którzy uważali się za mocnych i chcieli zawładnąć
światem". Cała ta strategia miała jeszcze jeden, bardziej konkretny cel: "Wyniszczając
Izrael, chcieli w rzeczywistości wyrwać korzenie wiary chrześcijańskiej i zastąpić
przez siebie stworzoną wiarą w panowanie człowieka – człowieka mocnego". Zwracając
uwagę na moralny wymiar owej historii, Benedykt XVI podkreślił, że tablice
świadczące o tej tragicznej historii "pokazują, jak straszne jest dzieło nienawiści"
oraz to, że "chcą budzić w nas odwagę dobra i opór wobec zła". W tym kontekście
Papież czyni swoimi słowa, które "Sofokles wkłada w usta Antygony: nie jestem
tu, aby razem nienawidzić, lecz aby razem miłować". I zaraz też przypomina,
że "w niedalekim sąsiedztwie prowadzą życie ukryte siostry karmelitanki, które
czują się w sposób szczególny zjednoczone z tajemnicą Krzyża i przypominają
nam wiarę chrześcijan, która głosi, że sam Bóg zstąpił do piekła ludzkiego
cierpienia i cierpi razem z nimi". To przytoczone właśnie zdanie stanowi właściwą
odpowiedź na retoryczne pytania podnoszone spontanicznie w kontekście Auschwitz:
"Gdzie był wtedy Bóg?". Otóż Bóg był z tymi, którzy cierpieli, był z nimi po
to, by natychmiast przenieść ich na swoich ramionach do swego Królestwa.

Wiecznie niezadowoleni
Na tle tej wizyty, pełnej ducha Bożego i głęboko ludzkiej wrażliwości, muszą
dziwić, a nawet smucić opinie negatywne i krytyczne podnoszone w środowiskach
żydowskich przeciw temu wszystkiemu, co powiedział Benedykt XVI, a także
przeciw temu, czego nie powiedział. Taką opinię negatywną wypowiada Abraham
H. Foxman, ponieważ Papież nie odwołał się do rytualnej formuły "antysemityzmu"
jako uzasadnienia "holokaustu". Pan Foxman gniewa się na Benedykta XVI, że
wyróżnił ojca Maksymiliana i Edytę Stein i "uogólnił" Shoah, stawiając na
równi Żydów i inne narody. Co miał zrobić Papież, kiedy sam Pan Bóg wyróżnił
tych świętych jako znaki dla dzisiejszego świata?
Także Wiadomości Onetu wydrukowały tekst, który nosi wszystkie cechy paszkwilu
i złośliwej napaści na Ojca Świętego. Na początku przytacza się słowa brytyjskiego
dziennika "The Independent", gdzie czytamy: "Słowa Benedykta XVI w Auschwitz
(…) wywołały niesłabnącą falę oburzenia, rozczarowania i zdziwienia od Warszawy
po Madryt i od Paryża po Jerozolimę". Ta "fala oburzenia" ma rzeczywiście daleki
zasięg; gdyby tak jeszcze paru żydowskich korespondentów posłać do Moskwy,
Pekinu i Władywostoku, zasięg powiększyłby się niepomiernie: od Atlantyku po
Pacyfik. Jakie winy zarzuca się Papieżowi? Na przykład to, że nie złożył wyznania
wiary w "antysemityzm" (który jest w gruncie rzeczy subiektywną koncepcją polityczną),
że nie przyznał się, że był (notabene przymusowo) w Hitlerjugend, że nie powiedział
nic o rzekomym "milczeniu Piusa XII w latach nazizmu", że twierdził, iż hitleryzm
chciał głównie zniszczyć chrześcijaństwo (bo przecież chęć zniszczenia chrześcijaństwa
od początku jego istnienia była wyłączną specjalnością judaizmu) i że "zaoferował
wyjaśnienie metafizyczne" zamiast tego, jakie obowiązuje w kręgach żydowskich.
Zarzuty te wynikają z tendencyjnie niechętnego nastawienia do chrześcijaństwa,
które przez oficjalne kręgi judaistyczne jest uważane za "herezję bałwochwalczą",
a jeśli chodzi o Piusa XII, to zarzut wynika dodatkowo z ignorancji. Wystarczy
zajrzeć do artykułu ks. Pierre’a Bleta SJ "Pius XII a druga wojna światowa
w świetle dokumentów" (www.opoka.org.pl). Nadto autorzy krytykujący Papieża
wyznają zasadę zbiorowej odpowiedzialności i nie chcą zrozumieć, dlaczego Benedykt
XVI winą za zbrodnie popełnione w Auschwitz nie obciążył wszystkich Niemców.
A przecież gniewali się, kiedy próbowano winą za śmierć Chrystusa obciążyć
wszystkich Żydów; ten problem domaga się także odwołania do metafizyki, a nie
do kabały. Różne jeszcze zarzuty wysuwają oburzeni korespondenci, które pochodzą
głównie z niechęci do Kościoła i jego nauki głoszącej równość wszystkich ludzi
i wszystkich narodów.
Żaden naród nie może przyznawać sobie jakichś przywilejów w obliczu Boga. Pamiętajmy
o słowach Chrystusa komentującego śmierć niewinnych ludzi: "Czy myślicie, że
ci [Galilejczycy lub ci, których zabiła wieża w Siloam] byli większymi grzesznikami
niż inni, skoro takie rzeczy ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli
się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie". Wszyscy są grzesznikami wezwanymi
do nawrócenia, a śmierć jest naturalnym następstwem grzechu pierworodnego i
tylko sam Chrystus "przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił
światło przez Ewangelię" (2 Tm 1, 10).
Objawienie Boże uczy nas tej prawdziwej równości (metafizycznej) i chroni przed
ideologiami głoszącymi jakieś różnice między ludźmi – czy to kastowe, czy rasowe,
czy klasowe, czy jeszcze jakieś inne, wywodzące się z różnych mitów czy urojeń
intelektualnych. Sądzę, że trzeba powiedzieć smutną prawdę: że Żydzi nie mają
prawa użalać się na rasizm funkcjonujący w ideologii hitleryzmu, ponieważ najgłębsze
korzenie tego typu dyskryminacji, jakie pojawiły się w kulturze (antykulturze)
europejskiej, wywodzą się z talmudycznych teorii na temat zasadniczej różnicy
ontologicznej i socjologicznej między "wybranym" narodem a bezkształtną masą
"pogan, czyli gojów", to znaczy ludzi drugiej kategorii, którym odmawia się
ludzkich praw. Zsekularyzowany mesjanizm Karola Marksa zawiera elementy tej
filozofii, tylko przeniesione na grunt społeczno-ekonomiczny. Marksizm zawiera
w sobie także uzasadnienie dla rewolucji, która nie podlega żadnym kryteriom
moralnym, ponieważ "wróg klasowy" jest kimś, kogo trzeba zniszczyć bez skrupułów.
Wszelki eugenizm i rasizm wynikają z tej filozofii, według której jedni mają
wszelkie prawa, a drudzy istnieją tylko z łaski tych "lepszych" (ludzi mocnych
– jak głosił hitleryzm, będący odmianą socjalizmu). Ta ideologia (o pochodzeniu
pseudomesjańskim) jest także podstawą swoistej eschatologii, w której ma nastąpić
wyniszczenie wszelkich "wrogów" i ustanowienie "królestwa", które będzie miało
cechy "boskie", a równocześnie będzie polegało na panowaniu nad światem. Tymi
panującymi będą oczywiście Żydzi.
Można by zadać sobie (i komuś) pytanie, czy Żydzi, wsączając swoje idee w kulturę
europejską, nie stali się mimowolnie (?) natchnieniem rewolucji socjalistycznej
– w różnych jej odmianach? A nawet narzuca się pytanie, czy nie przyczynili
się twórczo i aktywnie do powstania ludobójczego systemu, realizowanego na
terenie Rosji i innych zagarniętych krajów, systemu odpowiedzialnego za śmierć
przynajmniej 100 milionów ludzi? Historycy mają na to odpowiedź, wiedząc, jaki
procent tego "aparatu" rewolucyjnego stanowili funkcjonariusze pochodzenia
żydowskiego.
Nie można przechodzić do porządku nad tymi problemami, ponieważ i dziś wśród
elit judaistycznych na świecie rozwija się i propaguje ideologię typu radykalnie
rasistowskiego, według której "królestwo Izraela" ma zapanować nad całą ziemią,
wyniszczając wszystkich "pogan" i "bałwochwalców", ponieważ czasy mesjańskie
już nastały. Można tu przytoczyć interesujące teksty zamieszczone w internecie,
dla przykładu: "If you are Jewish, your national resurrection has already begun"
(www.whycross.com/X_Jewish.html). Chrześcijaństwo jest w tym tekście traktowane
jako skazane na zniszczenie, a Izrael ma być widziany jako "prawdziwy Syn Boży".
Drugi ciekawy tekst (spośród wielu) to: "Critique of >2nd Holocaust< eschatology",
na tej samej stronie internetowej. Autor polemizuje z teorią, jakoby w czasie
eschatologicznym miał nadejść "drugi holokaust", który przyćmi ów nazistowski.
Mówi się tu, że "Bóg powołał Żydów, aby się stali światłem dla narodów"; że
Izrael będzie odgrywał "wiodącą rolę" w ustanowieniu ostatecznego porządku
świata; chrześcijaństwo i Kościół w tym planie się nie liczą. Także poprzedni
tekst podkreśla wyższość, a raczej wyłączność Izraela w tym planie, argumentując,
że "Izrael jest światłem świata, ze swoim najlepszym sądownictwem, z najlepszą
armią, z najlepszą kadrą naukową, najlepszymi wychowawcami i najwspanialszymi
humanistami". Rzeczywiście – argumenty kładące na łopatki. A gdzie miejsce
na moralność?
Nie tylko brak metafizyki, ale także brak moralności dyskwalifikuje tę filozofię,
która chce przewodzić światu. Jeszcze ciekawsze kwiatki są w fundamentalistycznej
ideologii Chabad-Lubavitch. Pewien czcigodny rabin, Schneerson, publicznie
nauczał, że "Halacha wymagana przez Talmud ukazała, że nie-Żyd winien być karany
śmiercią, jeśli zabije embrion, nawet jeśli embrion jest nieżydowski, podczas
gdy Żyd nie powinien być [zabijany], nawet jeśli embrion jest żydowski" (wg
Gathering of Conversations, 1965). Według tej filozofii jest ogromna różnica
między ciałem żydowskim a ciałem nieżydowskim, tym bardziej między duszą żydowską
a nieżydowską. "Dusza nieżydowska pochodzi z trzech satanicznych sfer, podczas
gdy żydowska dusza wywodzi się ze świętości […] Całe stworzenie istnieje tylko
ze względu na Żydów" (Izrael Shahak and Norton Mezvinsky, Jewish Fundamentalism
In Israel, Pluto Press, Londyn 1999).
Wspomniany rabin Schneerson kontynuował myśl swego wielkiego poprzednika, założyciela
Chabad-Lubavitch Zalana Schneura (XVIII w.), który głosił, że "wszyscy nie-Żydzi
to odrzucone przez Boga odpadki" (supernal refuse). Ta myśl znajduje ciekawe
przedłużenie w koncepcji rabina Icchaka Ginsburga, który opowiedział się za
wyższością DNA żydowskiego nad nieżydowskim: "Jeśli każda komórka w ciele żydowskim
zawiera boskość, jest cząstką Boga, wówczas każde pasmo DNA także jest cząstką
Boga. Dlatego w żydowskim DNA jest coś szczególnego" (Jewish Week). Pewien
autor (którego nazwiska nie mogę udostępnić) komentujący tę filozofię pisze:
"Jeśli Żyd potrzebuje wątroby, czy można dla ratowania jego życia pobrać wątrobę
niewinnego nie-Żyda? Prawdopodobnie Tora zezwalałaby na to. Żydowskie życie
ma nieskończoną wartość. Jest coś nieskończenie bardziej świętego i unikalnego
w żydowskim życiu niż w nieżydowskim" (Jot-Er).
W tym świetle możemy zrozumieć głębokie niezadowolenie Żydów, których Papież
Benedykt XVI zrównał z resztą ludzi; a nawet powinni czuć się zaszczyceni tym,
że Benedykt porównał ich z chrześcijanami.

ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj