fot. wikipedia

Antykatolicka prowokacja Hitlera

Jedyna w dziejach encyklika papieska napisana po niemiecku – „Mit brennender Sorge” („Z palącą troską”) – została wydana przez Papieża Piusa XI z datą 14 marca 1937 roku. Dotyczyła sytuacji Kościoła w III Rzeszy, rozwiewając raz na zawsze podejrzenia o popieranie przez Watykan nazistowskich Niemiec.

Pius XI poddał krytyce politykę prowadzoną przez Hitlera, radykalnie odcinając się od narodowego socjalizmu, potępiając jego pogańskie korzenie oraz ideę wyższości rasy i państwa nad nauką Kościoła, a także wzywając niemieckich katolików do oporu wobec hitlerowskiej ideologii.

Encyklikę odczytano w Niedzielę Palmową 21 marca 1937 r. w 11 500 katolickich kościołach w Niemczech, co wywołało represje policyjne, jak również poważne reperkusje polityczne. Z początku władze przyjęły taktykę milczenia. „Jedynie w Monachium policja zarekwirowała 4000 egzemplarzy encykliki, co nie przeszkodziło w odczytaniu jej w kościołach” – pisze ks. Waldemar Kulbat.

Wściekła nagonka

Joseph Goebbels, poinformowany o treści encykliki wieczorem, w przeddzień jej ogłoszenia, zareagował wybuchem wściekłości, ale już Reinhardowi Heydrichowi, który zamierzał „ostro wkroczyć”, zalecił, aby „udawać obojętność i zignorować”. Zamiast fali represji, „na razie” zlecono konfiskatę drukarń, które wydały 300 tys. egzemplarzy encykliki, i przeprowadzono aresztowania wśród osób ją rozpowszechniających. Hitler, który o przyjętej taktyce został poinformowany następnego dnia, zaaprobował tę strategię – umiarkowaną, jak na możliwości policyjnego państwa – sam jednak polecił represje zaostrzyć. Goebbels zapisał w swoim „Dzienniku” pod datą 2 kwietnia, że Hitler „zamierza dobrać się do Watykanu”, gdyż „klechy nie doceniają naszej cierpliwości i łagodności”. Niech więc „poznają naszą surowość, twardość i nieubłaganie”.

Nastąpiły naloty na mieszkania, rekwizycje i zatrzymania wśród osób nie tylko świeckich, ale i duchownych. Policja oświadczyła, że encyklika stanowi akt zdrady państwa i z tego paragrafu przystąpiono do montowania procesów przeciw osobom biorącym udział w jej rozpowszechnianiu. „Typowe” działania represyjne, jakie „dla zachowania ładu i porządku” wdraża każdy reżim totalitarny, zagrożony w swym stanie posiadania.

O wiele dotkliwszy instrument ukryto pod powierzchnią tych działań – co również jest znamienne dla totalitarystów, którzy zawsze, prędzej czy później, muszą znaleźć „wroga publicznego”, psującego szyki państwu we wprowadzaniu kolejnego „świeckiego raju” dla obywateli. Ma się rozumieć – tylko dla obywateli posłusznych obowiązującej ideologii. Zamierzano zohydzić Kościół i ukazać środowisko duchownych katolickich jako społecznie szkodliwych wykolejeńców, którym przeciwstawiono „prawowitą” i „broniącą ładu publicznego” władzę.

Działo pedofilii

Pośród działań zaleconych przez Hitlera szczególną rolę miały odegrać kampanie oszczerstw przeciw duchownym, oparte na schemacie starym jak gestapowsko-ubecki świat: zniesławianie przez nałogi, chciwość dóbr lub złe prowadzenie się ofiar. Wadą pierwszych dwóch „haków” było ich rozpowszechnienie także w środowisku partyjnych bonzów. Pozostała rozpusta, ze szczególnym naciskiem na homoseksualizm – ale i tu znalazłaby się niejedna plama na honorze „czystej i nieskalanej moralnie” aryjskiej partii, jak choćby „noc długich noży” z 29 na 30 czerwca 1934 r., gdy „wyeliminowano z gry politycznej”, czytaj – zamordowano – nieukrywających swego homoseksualizmu przywódców SA, w tym głównego konkurenta Hitlera Ernsta Röhma, wraz z 400 uczestnikami zlotu w hotelu Hanselbauer koło Monachium. Za najpewniejszy fundament antykatolickiej kampanii uznano więc „pedofilię” – zjawisko na tyle egzotyczne, aby nie chciał go zanadto zgłębiać poddawany praniu mózgów obywatel, a z drugiej strony – przez obecność krzywdzonego dziecka – wywołujące natychmiastową reakcję wstrętu i oburzenia u każdego „prawowitego Niemca”. Goebbels w swoim „Dzienniku” bez osłonek określa tę akcję jako „nagonkę”, nazywając ją „wielkim natarciem” z użyciem „najcięższej artylerii” przeciw „czarnemu lęgowi”.

Natychmiast „specjalny sprawozdawca” z Ministerstwa Propagandy wyruszył do Belgii, aby zrelacjonować odbywający się tam proces duchownego oskarżonego o mord na tle homoseksualnym. W Niemczech wznowiono procesy duchownych na tle obyczajowym, czasowo wstrzymane w 1936 roku. Z polecenia Goebbelsa gestapo ponownie przejrzało teczki katolickich księży, wzywano też na przesłuchania potencjalnych świadków oskarżenia, nakłaniając ich szantażem lub zastraszeniem do składania fałszywych zeznań – nawet gdy były to małe dzieci, rzekome ofiary „zboczeńców w sutannach”. Dbano, aby każda dopiero wykluwająca się sprawa była nagłośniona w mediach, dla wywołania w społeczeństwie „paniki moralnej” oraz wywarcia psychologicznego nacisku na prokuratorów i sędziów. Wielu dziennikarzy reżimowych – czyli praktycznie sto procent, gdyż niezależnych właściwie nie było – gorliwie wysługiwało się tej kampanii; szczególnie chamskie nagonki prasowe prowadził faworyt Goebbelsa i specjalista od prowokacji Alfred-Ingemar Berndt.

Potęga prowokacji

Zwieńczeniem akcji stała się masówka, zwołana 28 maja 1937 r. w berlińskiej Deutschlandhalle, którą właściwiej byłoby nazwać sabatem antykatolickim. Sprawozdanie z tego „piekielnego koncertu” przeciwko Kościołowi transmitowały wszystkie rozgłośnie, a przemówienie Goebbelsa zamieściła nazajutrz cała prasa pod wybitym wielkimi literami tytułem „Ostatnie ostrzeżenie”. Goebbels, z pozycji „zatroskanego ojca czworga dzieci” piętnował „wołające o pomstę do nieba” skandale „kaznodziejów moralności”. Przedstawiając duchownych jako „zezwierzęconych i pozbawionych skrupułów deprawatorów młodzieży”, zapowiadał, że ta „zaraza musi być wytępiona ogniem i mieczem”. Nie omieszkał wyrazić wdzięczności führerowi, że „jako opiekun niemieckiej młodzieży” zajął się „deprawatorami i zatruwaczami naszego ducha narodowego”.

„Wychodzą na światło dzienne przypadki molestowania seksualnego – krzyczał z trybuny przyszły morderca własnej żony i sześciorga dzieci – których dopuszcza się ogromna część katolickiego duchowieństwa. I nie są to przypadki sporadyczne, ale obejmująca cały kler katolicki fala zgnilizny moralnej, jakiej w takim przerażającym nasileniu świat dotychczas nie widział. Ujawniane są sprawki niezliczonej ilości księży i zakonników i nie ulega wątpliwości, że tysiące tych spraw, które rozpatruje dziś nasz system sprawiedliwości, są zaledwie ułamkiem całości, obejmującej także wszystko to, co hierarchowie Kościoła próbują zamieść pod dywan”.

Tylko w 1937 r. aresztowanych zostało z oskarżenia o „pedofilię” 276 katolickich księży oraz 49 zakonników. Aresztowania przeprowadzono we wszystkich diecezjach, w sposób gwarantujący nieustanną obecność tych skandali na pierwszych stronach dzienników Trzeciej Rzeszy. W sukurs gazetom szło wszechobecne niemieckie radio – pozbawione fal krótkich i posługujące się niezwykle w Niemczech rozpowszechnioną siecią głośników nastawionych na jeden główny kanał i umieszczonych w miejscach publicznych oraz w zakładach pracy. Fala „oburzenia społecznego” wywołana „występnością kleru katolickiego” była więc zagwarantowana. I – jak to dzieje się również dzisiaj – tylko mała cząstka obywateli zadawała sobie pytanie: jakim cudem pedofilia dotyczy tylko duchowieństwa katolickiego? Wśród „zezwierzęconych i pozbawionych skrupułów deprawatorów młodzieży” nie było innych grup społecznych: pedagogów, psychologów ani jednego duchownego niekatolickiego. Nie było słychać nic o rabinach, choć w innej sytuacji nie omieszkano by oskarżyć ich o wszelkie zbrodnie… Jednak tym razem chodziło o zachowanie „jasności przekazu”: „zaraza”, którą „opiekunowie niemieckiej młodzieży” powinni jak najszybciej wytępić „ogniem i mieczem”, obejmuje wyłącznie Kościół katolicki.

Kurier Canarisa

W tym czasie szefem Abwehry – niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego (od 1935 do 1944 r., kiedy to został zgładzony za udział w spisku na życie Hitlera), był admirał Wilhelm Canaris – jedna z najbardziej enigmatycznych postaci Trzeciej Rzeszy: wysoki dygnitarz aparatu, a zarazem ukryty przeciwnik Hitlera. Obserwując kampanię rozpętaną przez Goebbelsa, zdecydował się on przesłać Papieżowi plik dotyczących tej sprawy dokumentów, które przeszły przez jego ręce. Jako kurier posłużył katolicki adwokat Josef Müller – w następnych latach aresztowany i zesłany do obozu w Dachau, który przeżył, aby po wojnie zostać ministrem sprawiedliwości Bawarii.

Dokumenty wręczono ks. Eugenio Pacellemu – sekretarzowi stanu Stolicy Apostolskiej, a niebawem (od lutego 1939 r.) Papieżowi Piusowi XII. Ten przekazał je, wraz z aprobatą Sekretariatu Stanu, do opracowania i edycji przebywającemu w Brazylii niemieckiemu jezuicie o. Walterowi Mariaux. Po dwóch latach jego pracy, w 1940 r. ukazały się w 700-stronicowym wydaniu z komentarzami i w podwójnym tłumaczeniu: w języku angielskim w Londynie i hiszpańskim w Buenos Aires, dokumenty z antykatolickich prześladowań w Trzeciej Rzeszy, obejmujące również kampanię przeciw „pedofilom w Kościele”. Wywołały one ogromny odzew w całym myślącym świecie – ukazując, jak łatwo jest, dysponując nowoczesną technologią, wywołać stan „paniki moralnej” w społeczeństwie. Termin ten – tu po raz pierwszy użyty – został w latach 70. XX wieku przyswojony przez socjologów na określenie stanu wzburzenia publicznego, wygenerowanego za pomocą inżynierii społecznej. Do repertuaru manipulatorów należy zwłaszcza gra liczbami rzeczywistych i rzekomych ofiar, gdy na bazie jednego czy dwóch udowodnionych przypadków – wyolbrzymionych do rozmiarów „straszliwego zagrożenia” – manipuluje się danymi i statystykami sądowymi, mieszając kazusy zakończone wyrokiem z postępowaniami zamkniętymi lub dopiero wdrożonymi, a także statystyki przeszłe z aktualnymi, żonglując kategoriami prawnymi i przedziałami czasowymi.

Bez dowodów

Zapewne do tych curiosów pseudosądowych, na które nie wpadł nawet sam Goebbels, należałoby zaliczyć obecnie nagłaśnianą w Polsce kampanię „antypedofilską” wokół dwóch polskich duchownych z Dominikany.

Nazwiska tych zwęszonych przez hieny dziennikarskie ofiar ogłasza się publicznie przed postawieniem im zarzutów prokuratorskich, a jako dziwaczny „świadek oskarżenia” – niedysponujący najmniejszym dowodem, poza gołosłownym bajaniem o „materiałach pedofilskich w komputerze” – występuje rzekomo „przypadkiem w Polsce obecna” w związku „z reportażem o Polsce” – dziennikarka z Dominikany, Alicia Ortega. O jej politycznym uwikłaniu milczą polskie media, przedstawiając ją jako „niezależną” dziennikarkę „śledczą” – choć jest obecna na politycznym świeczniku Dominikany jako związana z lewacko-progresistowską partią Alianza País i politykiem Guillermo Moreno Garcią, który kandydował w wyborach prezydenckich 2008 r. z ramienia lewicowego Movement for Independence, Unity and Change.

I znów tylko garstka Polaków o jeszcze niewypranych przez telewizję mózgach zadaje sobie pytanie o rzeczywisty stopień zainteresowania Polską czytelników na Karaibach, którzy widocznie tak są spragnieni reportaży znad Wisły, iż pani Ortega wybrała się na własny koszt w podróż przez Atlantyk i kontynent europejski, aby jak najszybciej zaspokoić ciekawość swoich czytelników. A że do Polski „wpadła” akurat w czasie „afery pedofilskiej na Dominikanie”, do tego dotyczącej „znanych sobie polskich księży…”. Cóż, przypadek. Również „przypadkiem” miała przy sobie materiały wideo, „na których widać między innymi całujących się chłopców. I choć nie widać na nich księdza G., dziennikarka jest przekonana o jego winie. Mają o tym świadczyć krzesła i obrazy widoczne na nagraniach, które znajdują się w pokoju księdza…”. Wbrew zapewnieniom tej pani podczas zwołanej w tym celu konferencji prasowej – iż prokuratura na Dominikanie „niezwłocznie wyśle” do Polski „dowody winy” obu księży – do dziś tak się nie stało. Z zapisu twardych dysków wynika bowiem, że mogły nimi manipulować postronne osoby.

W świetle tej obrzydliwej i nieudolnie maskowanej nagonki – tym bardziej odrażającej, że prowadzonej przeciw polskim duchownym przez rodzime media, nie wzdragające się, aby w sprawę spotwarzającą polski Kościół wciągać środowiska międzynarodowe – należałoby się zastanowić, czy słowa Goebbelsa o „fali zgnilizny moralnej”, jaka miała toczyć kler katolicki w Niemczech pod rządami NSDAP, lepiej nie pasują dziś do dziennikarzy w Polsce, wysługujących się korporacjom lewacko-postmarksistowskim i wszelkiej maści nihilistycznej „ideologii”.

Klęska prowokatorów

Zaznaczyć trzeba – na co zwrócił uwagę Massimo Introvigne z Ośrodka Badań Nowych Ruchów Religijnych w Turynie w swoim niezwykle przenikliwym artykule opublikowanym w „L’Avvenire” w 2010 r., że w ówczesnych Niemczech nie wszystkie przypadki czynów pedofilskich w środowiskach katolickich były wymyślone. Sam ks. Walter Mariaux podaje znane sobie przypadki dotyczące jednego zakonnika, jednego świeckiego nauczyciela w szkole zakonnej, ogrodnika i woźnego, którzy w oparciu o przekonywające dowody zostali skazani w 1936 roku. Jednak ogłoszone wówczas wyroki – w postaci cofnięcia prawa nauczania aż czterem instytutom zakonnym – uznaje on za rażąco niewspółmierne do przewinień i będące częścią represji Ministerstwa Nauczania Publicznego wobec szkół katolickich w Niemczech. Wymienia też obejmujący parę osób przypadek z Waldbreitbach w Nadrenii, który – choć zakończony prawomocnym wyrokiem – jest przez późniejszych historyków cytowany jako przykład wymierzonej w Kościół katolicki histerii „antypedofilskiej”.

Każde z tych wydarzeń spotkało się z poważną reakcją Episkopatu Niemiec. „2 czerwca 1936 r. – podaje Introvigne – biskup Münster, bł. Clemens August von Galen (1878 -1946), który był duszą katolickiego oporu wobec nazizmu i który w 2005 r. został beatyfikowany przez Benedykta XVI – wydał oświadczenie, odczytane podczas niedzielnych nabożeństw, o swym ’bólu i smutku’ wobec tych ’odrażających przestępstw’, które ’okrywają hańbą nasz Święty Kościół’. Zaś 20 sierpnia 1936 r., po wydarzeniach w Waldbreitbach, niemiecki Episkopat opublikował wspólny list pasterski, w którym potępiono winnych i wyrażono wolę współpracy Kościoła z organami państwa”. Tyle oświadczeń publicznych, bo nieoficjalnie niejeden z niemieckich biskupów podkreślał, o ile częstsze aniżeli wśród księży, i znacznie lepiej udokumentowane są przypadki seksualnych nadużyć wobec młodocianych, popełniane przez nauczycieli szkół świeckich i działaczy organizacji młodzieżowych, w tym Hitlerjugend.

Czas przyjrzeć się owocom tej odrażającej kampanii. Spośród 325 aresztowanych zdołano dowieść winy zaledwie 21 duchownym! – co daje nikły odsetek spraw wdrożonych z urzędu, z maksymalnym zaangażowaniem propagandy i aparatu potężnego państwa policyjnego. Wszystkich skazanych zesłano do obozów koncentracyjnych, gdzie zmarli. Do dziś nie ma pewności, ilu z nich rzeczywiście ciężko zgrzeszyło przeciw szóstemu przykazaniu, a ilu było ofiarami sfingowanych oskarżeń. Również w skali międzynarodowej ta próba wytarzania Kościoła katolickiego w pedofilskim ścieku spaliła na panewce. Dzięki odwadze Canarisa i determinacji jezuity Mariaux świat jeszcze w czasie wojny dowiedział się o plugawych machinacjach Goebbelsa, a jedynym efektem jego trudu była jeszcze większa pogarda dla niego samego i dla hitlerowskiego reżimu, który wkrótce upadł…

Oby pamięć o tamtej prowokacji – będącej jedną z mniej znanych prób wykorzystania jednostek zaślepionych nienawiścią do Chrystusa, a także machiny państwowej do zdyskredytowania Kościoła katolickiego przez „ojca wszelkiego kłamstwa”, i to metodami, w których natychmiast rozpoznaje się odcisk jego kopyta – stała się przestrogą dla działającej dziś w Polsce nieszczęsnej świty jego orędowników.

Grzegorz Musiał

drukuj