Alternatywna Telewizja Trwam i ksenofobia decydentów

Mętne są wyjaśnienia Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji tłumaczące niesprawiedliwą decyzję o nieprzyznaniu Telewizji Trwam miejsca na multipleksie. Odnosi się wrażenie, że podjęto ją w następstwie chwilowego kaprysu decydentów, żeby spostponować tę Telewizję ku uciesze środowisk, które z niej publicznie szydzą, albo żeby uspokoić tych, którzy się jej boją. Niestety, na takim poziomie są nieszczęsne, wręcz cyniczne wyjaśnienia Rady. Potwierdza to niedawna wypowiedź jej przewodniczącego o zapewnieniu miejsca na multipleksie dla innego niż Telewizja Trwam kanału społeczno-religijnego.

Jednakże w „strategii” realizowanej przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji najbardziej niepokoi stopień szkodliwości podjętych decyzji. Chodzi przede wszystkim o działania, które prowadzą do degradacji mediosfery, tj. środowiska polskich mediów.

Media alternatywne podstawą demokracji
Swobodne tworzenie i rozwój mediów alternatywnych jest powszechnie przyjmowanym symptomem respektowania w państwie podstawowych zasad demokracji. Kto więc szykanuje media alternatywne i torpeduje ich rozwój, uderza ewidentnie w podstawy demokracji. Katolicka Telewizja Trwam jest jedyną w Polsce telewizją alternatywną. Dlatego tym bardziej budzi sprzeciw fakt, że marginalizuje się ją i bojkotuje. O znaczeniu mediów alternatywnych mówią ich funkcje. Jedną z nich, wciąż niedocenianą, jest funkcja współtworzenia mediów interaktywnych. W publikacjach zachodnich spotyka się hasłowe ujęcie tej zależności: „od mediów alternatywnych do mediów interaktywnych” tzn. takich, które funkcjonują w oparciu o jednoczesny i dwustronny przepływ informacji – od nadawcy do odbiorcy i od odbiorcy do nadawcy. Oznacza to, że media interaktywne służą dialogowi społecznemu, stając się jego siłą napędową. W dalszej konsekwencji media te najskuteczniej uczestniczą w budowaniu „społeczeństwa komunikacji”.
Z kolei brak mediów alternatywnych w państwie prowadzi do powstania „społeczeństwa niedoinformowanego” (société sous-informée), które blokuje tworzenie „społeczeństwa informacji”, obniża aktywność obywateli, pogłębia ich naiwność w ocenie rzeczywistości i sprawia, że w końcu wyrasta zaścianek w dziedzinie komunikacji masowej. Ofiarą zawsze pada źle poinformowany obywatel. Dlatego Kościół zabiera głos na ten temat. W opracowanej na polecenie Soboru Watykańskiego II instrukcji „Zjednoczenie i postęp” zawarto dobitnie sformułowaną przestrogę: wtedy społeczeństwo rozwija się prawidłowo, gdy jego obywatele wykazują dobre rozeznanie i są dobrze poinformowani (nr 35). W przeciwnym razie społeczeństwo takie staje się chore, czego przykładem były i są państwa totalitarne. Dodam, że cytowana instrukcja watykańska nazwana została „Wielką kartą wolności informacji”, dlatego peerelowska cenzura początkowo nie wyrażała zgody na jej druk w publikacjach kościelnych.
Swoją troskę o wolność słowa wyraził Papież Benedykt XVI, gdy przypomniał 8 lipca br. w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański”, że na Jasnej Górze słuchacze Radia Maryja modlą się „za Ojczyznę i o wolność słowa”. Na przykładzie PRL można się było przekonać, jak dalece system totalitarny broni się przed mediami interaktywnymi. Pierwszym medium interaktywnym w Polsce stało się dopiero Radio Maryja powstałe w 1991 roku. Od początku zaimponowało swoimi „Rozmowami niedokończonymi”. Szczególną wartość dla społeczeństwa wykazuje funkcja kontrolna mediów alternatywnych w stosunku do władzy sprawowanej na wszystkich szczeblach, jak również wobec mediów publicznych, gdy one na tym polu wykazują indolencję. Dziś podkreśla się też, że brak mediów alternatywnych w państwie sprzyja zjawisku korumpowania mediów – komercyjnych i publicznych, oraz przyczynia się do umocnienia tzw. funkcji uzurpowanych, które są sprzeczne z podstawowymi funkcjami mediów (informacyjną, edukacyjną i rozrywkową) i stanowią zagrożenie dla demokracji. Wystarczy przykładowo wymienić niektóre z nich, żeby pojąć skalę zagrożenia: funkcja instrumentalnego traktowania prawdy, funkcja destabilizacyjna (doprowadza do chaosu w nastrojach społecznych, w polityce i w mediach) czy funkcja tworzenia układów oligarchicznych. Nie da się niczym zastąpić mediów alternatywnych z ich społecznym zaangażowaniem i niepowtarzalną misją. Należy więc chronić je i pomagać w tworzeniu nowych. Z kolei usuwanie ich z mediosfery państwa prowadzi do niepowetowanych strat.

Kto się boi telewizji alternatywnej?
Media alternatywne odzwierciedlają również stan równowagi sił w społeczeństwie. W ustrojach demokratycznych realizowany jest postulat, żeby w systemie nadawczym w państwie mogła uczestniczyć każda grupa społeczna i polityczna. Pozwoliłoby to uniknąć zdominowania mediosfery w państwie przez uprzywilejowane elity. Ponadto ograniczałoby negatywny wpływ tzw. zatrucia informacyjnego, które polega na tym, że sprawy najważniejsze przedstawia się jako mało ważne albo nic nieznaczące, a sprawy błahe jako bardzo ważne. Zatruciu informacyjnemu sprzyjają takie zjawiska jak tabloidyzacja mediów czy tworzenie się „społeczeństwa niepoinformowanego”, które jest m.in. produktem ukrytej taktyki, aby w mediach nie mówić o tym, co naprawdę jest istotne dla narodu i państwa.
Wymienione funkcje, realizowane przez media alternatywne, wyjaśniają, dlaczego pewne środowiska i opcje polityczne zdradzają symptomy swoistej ksenofobii wobec tych mediów. Tak dzieje się w Polsce w stosunku do Telewizji Trwam. Zadania realizowane przez media alternatywne dowodzą jasno, jak są one ważne i potrzebne w życiu społeczeństwa. Dlatego z uznaniem należy przyjąć fakt, że uczestnicy marszów w sprawie Telewizji Trwam modlą się i wołają o wolność dla wszystkich mediów w Polsce. Również dla potencjalnych mediów alternatywnych. Nic dziwnego, że próba wyeliminowania jedynej w kraju telewizji alternatywnej przeobraziła się w kompromitujące pośmiewisko, które dziś przekracza już granice Polski i Europy. Likwidacja mediów alternatywnych to niszczenie pluralizmu, który chroni obywateli przed zorganizowaną manipulacją i katastrofalną apatią. Znany twórca kultury stwierdził niedawno, że w Polsce „wszystkie radia grają to samo”. Podobnie można powiedzieć o telewizjach: wszystkie one mówią i pokazują to samo. Nie dziwi więc fakt, że rośnie nam armia ogłupiałych obywateli. Sytuacja jest tym bardziej poważna, że po 1989 r. zmieniają się w Polsce parlamenty i rządy, partie i koalicje, ale w tych samych rękach pozostają niezmiennie najważniejsze ośrodki opiniotwórcze. A zatem wspólna troska o jakość mediosfery w państwie jest w pełni uzasadniona i nie wolno jej zaprzepaścić. Natomiast próba bezprawnego zawładnięcia nią musi się spotkać ze stanowczym sprzeciwem.

drukuj