fot. flickr.com

Agonia niezależnych mediów w Sudanie Płd.

Konfiskaty nakładów, pobicia, groźby i aresztowania to codzienność dla reporterów w ogarniętym konfliktem Sudanie Południowym. W tym tygodniu rząd zamknął w stolicy kraju (Dżubie) trzy redakcje.

W ostatnich dniach Narodowe Służby Bezpieczeństwa (NSS) zamknęły do odwołania redakcje popularnego anglojęzycznego dziennika „The Citizen” i gazety w języku arabskim „Al Ra”, a także biura organizacji „Free Voice”, która zajmuje się produkcją programów radiowych. Poszkodowani są również dziennikarze „Głosu Ameryki”, którego redakcja mieści się w tym samym budynku co „Free Voice”.

To są te same metody, które stosował wobec nas reżim z Chartumu przed podziałem Sudanu. (…) Mnie aresztowano wielokrotnie. Zazwyczaj zgarniają z ulicy i siłą pakują do samochodu. Potem lądujesz w ciemnym pokoju i czekasz. Czasem i kilka dni. Bywa że biją, straszą i wyzywają. Wystarczy napisać lub powiedzieć coś, co nie podoba się rządowi – mówi jeden z dziennikarzy, prosząc o anonimowość.

W lipcu 2011 roku Sudan Południowy ogłosił niepodległość po niemal 50 latach wojen domowych z Północą.

Zdaniem redaktora naczelnego „The Citizen” Nhiala Bola cenzurowane przez służby tematy to: łamanie praw człowieka przez armię rządową, korupcja, ale też kwestie bezpieczeństwa i wszystko, co dotyczy osoby prezydenta.

Pracuję w radiu, służby bezpieczeństwa wielokrotnie robiły naloty w naszej stacji. Groźby na ulicy czy telefony w środku nocy to dla mnie codzienność – tłumaczy w rozmowie z PAP szef jednej z lokalnych rozgłośni.

W naszym kraju nie istnieje wolność słowa. Rządowe media to czysta propaganda, a rebelianci mają też swoją (red. propagandę). Dla jednych i drugich jesteśmy wrogami, jeśli piszemy coś nie po ich myśli – dodaje rozmówca PAP.

Konflikt pomiędzy prezydentem Salvą Kiirem z ludu Dinka, a jego byłym zastępcą Riekiem Macharem z grupy etnicznej Nuerów wybuchł w grudniu 2013 roku, w niespełna trzy lata po ogłoszeniu niepodległości przez Sudan Południowy.

Dziennikarzom bardzo trudno jest pracować również na terenach kontrolowanych przez rebeliantów. Nieliczni reporterzy, którzy mają tam dostęp, często boją się publikować swoje wywiady, by nie narazić siebie i swoich rozmówców.

Od czasu wybuchu wojny domowej dziennikarze z grupy Nuerów są automatycznie traktowani jako zwolennicy opozycji. Ci z ludu Dinka nie mogą pracować na terenach rebeliantów. Wielu reporterów uciekło do obozów chronionych przez ONZ lub wyjechało z kraju.

PAP/RIRM

drukuj