fot. flickr.com

A. Zechenter z „Naszego Dziennika”: Wojna o dusze

Ponad 300 milionów chrześcijan cierpi dziś na całym świecie prześladowania za wiarę – dotykają one więc co siódmego wyznawcę Jezusa Chrystusa. Trudno dać wiarę temu, że co pięć minut mordowany jest jeden chrześcijanin, co daje gigantyczną liczbę 100 tys. męczenników rocznie. Takie dane wymieniano podczas IV Europejskiego Kongresu w Obronie Chrześcijan, który odbył się 30 listopada 2018 roku w Krakowie.

Żyjemy zatem w czasach przelewania chrześcijańskiej krwi na niespotykaną w historii skalę, w czasach nowych męczenników i świętych, których nikt nigdy nie pozna. W Polsce chrześcijan się nie morduje, ale dla skompromitowania Kościoła wykorzystywane są metody propagandowe jako żywo przypominające te z czasów komunistycznych – w wersji, rzecz jasna, złagodzonej, inteligentniejszej, łatwiej trafiającej do umysłów i serc. Część polskich elit zapatrzona w Zachód, gdzie świątynie świecą pustkami, są wysadzane w powietrze lub zamieniane w hipermarkety, domaga się praw człowieka pojmowanych wybiórczo: ważne jest prawo do aborcji, zboczeń, wolności różnych poglądów – byle nie katolickich.

Upadły „kler”

Kościół przedstawia się jako symbol upadku moralnego i gniazdo zgnilizny, czego wyrazem niech będzie entuzjazm lewicowych środowisk dla filmu „Kler”, a także wyolbrzymianie zbrodni pedofilii wśród księży, którzy kojarzyć się mają z wszelkim brudem i złem. Liberalne media ze szczególnym upodobaniem rozpowszechniają kłamstwa o chciwych, rozpustnych, cynicznych kapłanach i potępiają pazernych hierarchów, za nic mających naiwne owieczki – ważne, żeby rzuciły jak najwięcej na tacę. Co tam na tacę! Są przecież szemrane fundacje, wymuszane manipulacją zapisy testamentalne i inne źródła prawdziwie dużych pieniędzy. I niech nie zdaje się nikomu, że kłamstwa te nie trafiają do wierzących, podważając ich zaufanie do Kościoła. Złe ziarno siane obficie przynosi owoce i coraz częstsze jest przekonanie, że do oddawania czci Bogu nie jest potrzebna żadna instytucja.

Nie przeszkadzają tępicielom Kościoła spod znaku gender ich ideowi patroni: ani homoseksualny Michel Foucault, który bredził o trwającej od wieków „represji” naturalnego popędu seksualnego oraz seksualności jako zasadniczej cesze ludzkiej tożsamości, ani agitatorka pedofilii Simone de Beauvoir, autorka biblii feminizmu „Druga płeć”, „partnerka” Sartre’a, która z nim i własną uczennicą utworzyła trójkąt kochanków, a która w 1977 roku wysłała wspólnie z Foucault, Derridą i Sartre’em petycję do francuskiego parlamentu z żądaniem zaprzestania „dyskryminacji stosunków między dorosłymi a dziećmi poniżej 15. roku życia”, zaś dwa lata później podpisała list 63 „intelektualistów” w obronie pedofila oskarżanego o współżycie z wieloma dziewczynkami w wieku 6-12 lat. Guru lewicy byli „krzewicielami postępu” – a kler uosabia wstecznictwo najgorszego sortu.

Przeciwko „obozowi demokracji”

W pierwszych latach powojennych, gdy najważniejszym celem komunistów była likwidacja podziemia patriotycznego, skrytobójczo pozbywali się duchownych z nim związanych – tak zginęli między innymi księża Michał Pilipiec, Stanisław Zieliński i Michał Rapacz. Sąd skazał na śmierć ks. Władysława Gurgacza, kapelana Polskiej Podziemnej Partii Niepodległościowej, przypisując mu zbrodniczą działalność. Gazety pisały: „Ksiądz na czele bandy, ksiądz z mszałem i pistoletem, ksiądz zachęcający do rabunków państwowego mienia…”.

W październiku 1947 roku na odprawie kierownictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Stanisław Radkiewicz, szef MBP, mówił: „Kościół jest najbardziej zorganizowaną reakcyjną siłą występującą przeciwko obozowi demokracji. Trzeba bić takiego wroga jak kler. Mamy bowiem do czynienia z przeciwnikiem najbardziej wyrafinowanym, najlepiej umiejącym posługiwać się podstępem i tym wszystkim, co łączy się z pojęciem jezuici”.

Od początku lat pięćdziesiątych komuniści uderzali w kościelne autorytety, stawiali duchownych przed sądami, katowali ich w śledztwach. Głośny za sprawą propagandy stał się proces ordynariusza kieleckiego ks. bp. Czesława Kaczmarka, aresztowanego w 1951 roku i zmuszonego, by przyznał się do utworzenia „ośrodka dywersyjno-szpiegowskiego”, „prowadzenia wrogiej propagandy na rzecz waszyngtońsko-watykańskich mocodawców”, a nawet kolaboracji z Niemcami.

Pięć dni później Tadeusz Mazowiecki pisał na łamach „Wrocławskiego Tygodnika Katolików”: „Proces bp. Kaczmarka udowodnił również naocznie, i to nie po raz pierwszy, jak dalece imperializm amerykański, pragnący przy pomocy nowej wojny, a więc śmierci milionów ludzi, narzucić panowanie swego ustroju wyzysku i krzywdy społecznej krajom, które obrały nową drogę dziejową, usiłuje różnymi drogami oddziaływać na duchowieństwo oraz ludzi wierzących i kierować ich na drogę walki z własną ojczyzną, stanowiącą wspólne dobro wszystkich obywateli”.

Gdy w słynnym procesie kurii krakowskiej zapadły w 1953 roku trzy wyroki śmierci, decyzję sądu wsparli swoją rezolucją członkowie Związku Literatów Polskich w Krakowie. Byli wśród nich pisarze, którzy w III Rzeczypospolitej pouczali społeczeństwo, jak powinna wyglądać prawdziwa demokracja.

Sowieckie metody…

Władze ośmieliły się aresztować w 1953 roku na trzy lata Prymasa Polski, zarzucając mu „pomoc okazywaną zachodnio-niemieckim Krzyżakom i anglo-amerykańskim wrogom naszego Narodu w szkalowaniu i zohydzaniu Polski Ludowej”, a także torturować nieludzko jego sekretarza ks. Antoniego Baraniaka, późniejszego metropolitę poznańskiego.

Wygnano religię ze szkół, rozwiązano Caritas pod zarzutem nadużyć finansowych, zakładano podsłuchy w budynkach kościelnych, a nawet w konfesjonałach. Rozpędzano zgromadzenia zakonne, zamykając siostry i ojców w obozach pracy. Niszczono – bez powodzenia – Kościół od wewnątrz, tworząc ruch księży patriotów i lokując wśród duchownych agenturę.

Towarzyszyła tej operacji unicestwiania Kościoła wściekła propaganda: emisje radiowe pokazowych procesów, oskarżenia o zdradę Narodu Polskiego przez „kanalie zwerbowane do szpiegowskiej roboty” i kolaborację z Niemcami podczas okupacji – za taką uznano między innymi interwencję nieżyjącego już wówczas ks. kard. Adama Sapiehy u Niemców w obronie ludności polskiej. Radio i gazety kreśliły obraz chciwych duchownych, zajmujących się pokątnym handlem zachodnią walutą.

Chociaż w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zelżały krwawe represje, księży nadal inwigilowano, urządzano przeciwko nim prowokacje. „Nieznani sprawcy” napadali na plebanie, bili kapłanów. Stan wojenny zapisał się zbrodnią popełnioną w 1984 roku na bł. ks. Jerzym Popiełuszce, którego prasa i telewizja w osobie Jerzego Urbana atakowała między innymi za posiadanie majątku kompromitującego stan duchowny.

Klerycy wysyłani byli do specjalnych jednostek wojskowych, gdzie się nad nimi w ramach „resocjalizacji” znęcano. Jeszcze w 1989 roku, w czasie obrad Okrągłego Stołu i po ich zakończeniu, komuniści zabili księży Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha. Winnych śmierci tych kapłanów nie odnaleziono do dzisiaj.

…i nowy europejski styl

Trzydzieści lat temu, gdy nastał system demoliberalny w polskim postkomunistycznym kształcie, nienawiść ucywilizowanej lewicy do chrześcijaństwa nie ustała. Pamiętamy ubolewania, że św. Jan Paweł II jest zbyt mało elastyczny, i hasła, by uczynić wiarę sprawą prywatną – zepchnąć ją do kruchty. Walka przybrała inne formy, zgodne z nowymi wzorcami kulturowymi. Miejsce ubowca po trzech klasach szkoły powszechnej i jego zwierzchnika, który kaleczył nabytą w Sowietach polszczyznę rusycyzmami, zajęli czcigodni profesorowie z przeszłością w Korpusie Bezpieczeństwa Publicznego i Informacji Wojskowej, reżyserzy gotowi zszargać każdą świętość, byle zdobyć poklask na czerwonych dywanach festiwalowych, pisarze gardzący ciemnogrodem. Niestety, również księża celebryci, popisujący się fałszywie pojmowaną tolerancją i budzący podziw dla swego niezłomnego sprzeciwu wobec nauczania Kościoła. Oraz aktorzy darzeni przez sporą część społeczeństwa sympatią, niezależnie od ich napastliwych wypowiedzi w mediach na temat Kościoła i księży. Bo przecież ubowców ludzie się bali – a czy można bać się Daniela Olbrychskiego, niezapomnianego Kmicica z „Potopu”? Albo Jerzego i Macieja Stuhrów? Przecież nie stoi za nimi siła aparatu represji.

Gdy komunistyczne władze zakazywały budowy świątyń, ludzie stawiali je nielegalnie, nie bacząc na zakazy i konsekwencje. Dziś odstępują od wiary z własnej woli, zwiedzeni manipulacją kolejnego pokolenia budowniczych demokracji, już nie ludowej, lecz postępowej. Wierność Kościołowi ma stać się dowodem, delikatnie mówiąc, ograniczenia umysłowego, a także braku zmysłu krytycznego – takiego, jaki prezentuje ostentacyjnie znana gwiazda filmowa, ulubienica Andrzeja Wajdy. I na tym polega wyższość metod dechrystianizacji społeczeństwa „otwartego” nad niszczeniem Kościoła metodą prostackiej propagandy oraz nagana i nahajki. Wojna o duszę Narodu trwa nieprzerwanie od 1944 roku, zmieniają się tylko metody – na bardziej miękkie, ale bardziej podstępne. I chyba skuteczniejsze.

Anna Zechenter z „Naszego Dziennika”

drukuj