„Żołnierze wyklęci” – najlepsi z najlepszych

"Żołnierze wyklęci" to żołnierze polskiego zbrojnego podziemia
niepodległościowego walczący przez lata z reżimem komunistycznym. Ludzie skazani
przez komunistów na zapomnienie, na nieistnienie w społecznej świadomości. Przez
dziesięciolecia zniesławiani, opluwani – wykluczeni z narodowej pamięci. Po raz
pierwszy obchodzimy dziś nowe święto państwowe – Dzień Żołnierzy Wyklętych.
Warto przypomnieć, co kryje się za tym pojęciem, kto jest jego autorem, kto w
istocie był inicjatorem tego święta i dlaczego przypada ono właśnie 1 marca. A
także to, kim w istocie byli owi "żołnierze wyklęci".

Termin "żołnierze wyklęci" nie jest określeniem historycznym, nie pochodzi z
epoki walki prowadzonej przez niepodległościowe podziemie. Powstał znacznie
później, w początku lat dziewięćdziesiątych, w warszawskim środowisku Ligi
Republikańskiej, w grupie młodych ludzi skupionych wokół mecenasa Grzegorza
Wąsowskiego, odpowiedzialnego za działania mające przywrócić społecznej
świadomości żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego.
Powstała wówczas wystawa poświęcona podziemiu niepodległościowemu – pod takim
właśnie tytułem "Żołnierze Wyklęci" – objechała dosłownie całą Polskę. Była to
pierwsza wystawa po upadku rządów partii komunistycznej w Polsce poświęcona
bohaterom podziemnej walki zbrojnej z komunizmem. Pojęcie "żołnierze wyklęci"
zostało szeroko spopularyzowane następnie przez Jerzego Ślaskiego, dzięki jego
książce o podziemiu, wydanej przez Oficynę Wydawniczą RYTM. Pokłosiem wystawy
stworzonej przez Grzegorza Wąsowskiego i jego kolegów był też monumentalny album
pod takim samym tytułem, którego drugie wydanie w 2002 roku (z przedmową
premiera, prof. Jerzego Buzka) połączone było z prezentacją wystawy w Sejmie.
Pamiętam, jak kolosalne wrażenie wywierały na widzach, także parlamentarzystach,
wystawowe plansze. Wbrew ukutej przez propagandę komunistyczną tezie o "bandach"
i "bandytach" – z setek fotografii spoglądały twarze inteligentnych, młodych
ludzi, w mundurach Wojska Polskiego, z orłem w koronie na czapkach i często
ryngrafem z Matką Boską Ostrobramską lub Częstochowską na piersi. Widok, który
skłaniał do zastanowienia – to jednak nie byli "bandyci"…
Mecenas Grzegorz Wąsowski z grupą przyjaciół pozostał wierny sprawie, której od
lat służy. Kieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", mającej za cel przywracanie
dobrej pamięci o ludziach, którzy pierwsi przeciwstawili się komunistycznemu
bezprawiu. Którzy oddali życie za niepodległość Polski, wolność człowieka i
wiarę przodków. Którzy nie mają najczęściej własnych grobów, a przez komunistów
i ich duchowych spadkobierców zostali obdarci nawet z prawa do dobrego imienia.

Jak powstańcy
"Żołnierze wyklęci" to ludzie, których porównujemy z uczestnikami powstań
narodowych, którzy nie mając szans na zwycięstwo, także chwytali za broń w imię
wartości najwyższych. Historycy coraz częściej nie wahają się określać zjawiska,
jakim była walka zbrojnego podziemia z reżimem komunistycznym, mianem polskiego
powstania antykomunistycznego. Porównajmy – przez szeregi powstańcze w latach
1863-1864 przewinęło się około 200 tysięcy uczestników, z tym że nigdy w polu
nie było jednorazowo więcej niż 22-23 tysiące ludzi pod bronią (lato 1863 r.). W
1945 r. w podziemiu niepodległościowym przeciwstawiającym się komunistom było
około 200 tysięcy uczestników, w tym około 20 tysięcy w oddziałach partyzanckich
lub bojowych jednostkach dyspozycyjnych. Wydaje się, że oba zjawiska polskich
zbrojnych wystąpień z lat 1863-1864 oraz 1944-1956 są porównywalne. Dziś nikt z
nas nie nazywa Powstania Styczniowego zaburzeniami roku 1863 czy w jakiś podobny
sposób. Nie mamy wątpliwości, że było to powstanie. Skąd więc wątpliwości w
drugim przypadku?
Dlaczego właśnie 1 marca stał się Dniem Żołnierzy Wyklętych? Bo to data
symboliczna – 1 marca 1951 r. życie stracili zamordowani "w majestacie
komunistycznego prawa" członkowie IV Zarządu Głównego Zrzeszenia "Wolność i
Niezawisłość", największej niepodległościowej struktury poakowskiej.
Inicjatorem proklamowania Dnia Żołnierzy Wyklętych i wyboru 1 marca jako jego
terminu był śp. dr hab. Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej,
placówki, której dorobek w zakresie badań nad najnowszą historią naszego kraju,
w tym dziejów oporu przeciw reżimowi komunistycznemu, jest nie do przecenienia.
Prezes Kurtyka nie doczekał zrealizowania swojego postulatu, dołączając 10
kwietnia 2010 r. do grona tych, o których pamięć zawsze walczył i dbał. Nie
doczekał także prezydent Lech Kaczyński, dla którego działalność "żołnierzy
wyklętych" zawsze była istotnym elementem naszej historii. Dość wspomnieć, iż to
właśnie on podjął przywracanie im należnej godności – honorując, niestety
najczęściej pośmiertnie, wysokimi odznaczeniami państwowymi. Ustanowienie święta
bohaterów polskiego powstania antykomunistycznego staje się niejako zwieńczeniem
działań przez nich podjętych.

Cześć bohaterom
Gdy zastanawiamy się nad dziejami polskiego zbrojnego oporu przeciwko reżimowi
komunistycznemu, nieuchronnie nasuwa nam się pytanie – kim byli organizatorzy i
uczestnicy podziemia powojennego – tej najtrudniejszej i najtragiczniejszej
karty walki o niepodległość.
Pochylając się nad życiorysami "żołnierzy wyklętych", wbrew tezom głoszonym
przez kilkadziesiąt lat przez komunistów, nie znajdziemy wśród nich
przedstawicieli "warstw uprzywilejowanych" – tzw. kapitalistów, bogaczy czy
wielkich posiadaczy ziemskich. W ogromnej większości to synowie chłopów,
rzemieślników i urzędników, przedstawicieli wolnych zawodów. To z reguły
mieszkańcy prowincji – małych powiatowych miasteczek, wsi – stanowiących główne
zaplecze polskiej Wandei. Wrośnięci w lokalne społeczności – będący emanacją ich
dążeń niepodległościowych, świadectwem sprzeciwu wobec komunistycznej
rzeczywistości. To pokolenie wychowane i ukształtowane w wolnej Polsce lat
międzywojennych – młodzi nauczyciele, urzędnicy, leśnicy, oficerowie i
podoficerowie rezerwy, rzadziej oficerowie zawodowi, często ochotnicy – świeżo
upieczeni maturzyści lub gimnazjaliści. Nie brakło wśród nich (choć rzadziej)
także intelektualistów lub przedstawicieli zawodów elitarnych. Znajdziemy wśród
nich uczestników walki o niepodległość Polski w latach 1914-1920, wywodzących
się chyba z wszystkich formacji tej epoki. Reprezentantów wszystkich opcji
politycznych istniejących w Polsce międzywojennej, od Polskiej Partii
Socjalistycznej po Stronnictwo Narodowe, i apolitycznych propaństwowców, dla
których podstawowym imperatywem działania były nie ambicje polityczne, ale
gotowość poświęcenia i walki o wolną Polskę.
Gdy patrzymy na biografie "wyklętych", na ich drogi życiowe, nieuchronnie nasuwa
nam się też pytanie – kim byliby w Polsce w normalnych warunkach. Badając ich
dzieje, uświadamiamy sobie, jak wiele Polska straciła przez ich śmierć z rąk
komunistów. Nie zawahamy się nazywać ich "najlepszymi z najlepszych". Tworzyliby
z pewnością lokalne elity, których tak dziś krajowi brakuje. W życiu
gospodarczym, samorządach, kulturze… Zapewne komuniści też mieli tę świadomość
i tym bardziej śmierć naszych bohaterów stawała się nieuchronna.
Bohaterowie powstania antykomunistycznego, a zwłaszcza jego dowódcy, to ludzie
konsekwentni w dokonywanych przez siebie wyborach. W ogromnej większości
zaczynający swoją służbę dla Rzeczypospolitej w szeregach konspiracji już na
początku okupacji niemieckiej. Mający za sobą, tak jak "Orlik", "Łupaszka",
"Warszyc", "Huzar", "Młot", "Ogień", dziesiątki walk w obronie polskiego
społeczeństwa – ze wszystkimi jego wrogami. Dla nich agresja sowiecka i
komunistyczny przewrót mogły oznaczać tylko jedno – kontynuację walki. Postawę
tę wzmacniała jeszcze inna wspólna dla owych postaci cecha – poczucie
odpowiedzialności za podkomendnych, za ich rodziny i społeczności lokalne
narażone na nieuzasadnione niczym represje komunistycznego aparatu
bezpieczeństwa. To właśnie owo poczucie odpowiedzialności skłaniało ich do
formowania oddziałów partyzanckich będących miejscem schronienia dla ściganych
żołnierzy "wolnej Polski", do akcji z zakresu samoobrony – odbijania
aresztowanych, zwalczania agentury komunistycznej bezpieki – stanowiącej
największe zagrożenie dla członków konspiracji. To owo poczucie
odpowiedzialności za życie powierzonych im istnień determinowało wreszcie ich
postawę w godzinach najcięższej próby – kiedy to w sytuacjach bez wyjścia
decydowali się ostatnią kulę przeznaczać dla siebie – zabierając do grobu całą
wiedzę o współtowarzyszach broni i ich pomocnikach. Wiedzę tak groźną w obliczu
ubeckich tortur.
I ostatnia chyba refleksja, należna tym, którzy mimo wszelkich trudności
przechowali pamięć o naszych poległych w polskim powstaniu antykomunistycznym.
To najczęściej zwykli mieszkańcy polskich wiosek i miasteczek, ludzie, którzy
bezpośrednio stykając się z żołnierzami podziemia niepodległościowego lub
wywodząc się z ich kręgu, wiedzieli, jak nieprawdziwy i krzywdzący ich
pozostawał obraz wykreowany przez komunistyczną propagandę. Tacy ludzie, jak
państwo Marian i Aniela Kiersnowscy z Kiersnowa, którzy wznieśli pierwszy pomnik
majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", jak państwo Krzyżanowscy, którzy
postawili pomnik partyzantów 5. Brygady Wileńskiej AK poległych w boju z NKWD w
Miodusach Pokrzywnych. Jak Stanisław Świercz z Mławy, jeden z "wyklętych", który
cudem przeżywszy, nie zapomniał o swych towarzyszach broni i wielokroć
upamiętniał ich na Mazowszu. Jak liczni, a nieznani mi opiekunowie partyzanckich
mogił w Perlejewie, Śledzianowie, majdanie Topile, Klichach i dziesiątkach
innych miejscowości.
 

Kazimierz Krajewski, dr Tomasz Łabuszewski
 

Kazimierz Krajewski i dr Tomasz Łabuszewski są pracownikami Oddziałowego
Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie.

drukuj