Wizy do Wietnamu nie dla rzymskiej delegacji

Z odmową przyznania wiz na wjazd do Wietnamu spotkała się rzymska
delegacja udająca się tam, by zebrać materiał dowodowy w związku z trwającym
procesem beatyfikacyjnym ks. kard. Nguyena Van Thuana. Wizyta miała się
rozpocząć 23 marca i potrwać do 7 kwietnia.

Zamiast rzymskiej delegacji do kurii arcybiskupiej w Sajgonie dotarła
informacja od ks. kard. Petera Turksona, przewodniczącego papieskiej komisji "Iustitia
et Pax", że członkowie planowanej delegacji w dalszym ciągu przebywają w Rzymie.
Powód? Tuż przed samym wyjazdem z kraju Ambasada Wietnamu we Włoszech odebrała
delegacji przyznane jej wcześniej wizy na pobyt w ojczyźnie zmarłego w 2002 r.
ks. kard. Nguyena Van Thuana.

Jak sugeruje agencja EDA, prawdopodobnie chodzi o nagłą zmianę polityki
wietnamskiego biura rządowego ds. religii. Na początku br., kiedy zapowiedziano
wizytę rzymskich delegatów i przedstawiono szczegółowy plan ich pobytu, rząd
wydał zgodę na przeprowadzenie koniecznych prac. Nie było żadnych negatywnych
sygnałów, które mogłyby zaniepokoić prowadzących proces beatyfikacyjny. W
międzyczasie nastąpiła zmiana na stanowisku szefa wspomnianego biura. W ocenie
katolickiej agencji EDA zajmującej się sytuacją Kościoła w Azji, to właśnie ta
zmiana miała doprowadzić do nagłego zwrotu w stanowisku wietnamskich władz.

Jak dotąd rząd nie ujawniał oficjalnie swojego stosunku wobec działań Stolicy
Apostolskiej zmierzających do wyniesienia na ołtarze kardynała, który przez 13
lat przetrzymywany był w obozach i więzieniach przez komunistyczny reżim.
Nieoficjalnie jednak wiadomo, że postępowanie to budziło niezadowolenie
włodarzy. Jak się okazuje, do spięć miało dojść już wcześniej, kiedy podczas
sesji mieszanego zespołu obradującego w Hanoi i Rzymie przedstawiciele
wietnamskiego rządu mieli zażądać od Watykanu wstrzymania prac beatyfikacyjnych.
Warto dodać, że od kwietnia 1975 r., czyli odkąd partia komunistyczna przejęła
władzę w Wietnamie, rząd usiłował stłumić wpływ dawnego biskupa Nha Trang, który
swoją charyzmą, otwartością umysłu i siłą wiary przyciągał rzesze wiernych.
Nawet ci, którzy mieli go pilnować z polecenia władz, niejednokrotnie
przechodzili na jego stronę. Mianowany arcybiskupem nigdy nie objął wyznaczonego
urzędu, gdyż komuniści od razu go uwięzili. Stwierdzili, że jego nominacja była
wynikiem "konspiracji między Watykanem a imperialistami". Na wolność wyszedł
dopiero po 13 latach dzięki usilnym staraniom Watykanu. Okrzyknięty został
jednak wrogiem narodu i kiedy udał się służbowo do Rzymu, komuniści zakazali mu
powrotu. Zmarł w Rzymie 16 września 2002 r. po długotrwałej chorobie. Już
podczas pogrzebu mówiono o jego świętości.

Widać więc wyraźnie, że nawet po śmierci kardynała komuniści boją się, że
jego postać i życie nadal mogą pociągać Wietnamczyków i budzić ich sumienia. To
ewidentny wyraz lęku przed religią, przed gigantami ducha, którzy dają ludziom
umocnienie, budzą głód prawdy i potrzebę uznania godności każdego człowieka.

W tym kontekście trzeba przypomnieć, że zanim doszło do kanonizacji 117
męczenników z Wietnamu, władze socjalistycznej republiki wyraziły zdecydowany
sprzeciw wobec powszechnego uznania heroizmu zamordowanych misjonarzy. Odkąd w
1985 r. ks. abp Trinh Van Can, ordynariusz Hanoi, przedstawił w Rzymie prośbę o
kanonizację, władze rozpoczęły agresywną kampanię mającą zdyskredytować
kandydatów na ołtarze. Wielokrotnie przedstawiciele Episkopatu Wietnamu wzywani
byli na przesłuchania. Kiedy mimo wszystko 19 czerwca 1988 r. Jan Paweł II
sprawował uroczystości kanonizacyjne, żaden z przedstawicieli Kościoła w
Wietnamie ani nikt z wiernych nie uzyskał zgody na wyjazd do Rzymu. Można się
więc spodziewać, że i tym razem scenariusz będzie podobny.

Anna Bałaban

drukuj