W sowieckim Lwowie: 1939-1941

Mroźna zima 1940 roku. Na początku marca wyrusza do Lwowa z Warszawy
generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz. Ma wzmocnić osłabioną, rozbijaną
wciąż przez służby sowieckie sieć konspiracyjną w okupowanym Lwowie. Z
trzema kurierkami przechodzi granicę niemiecko-sowiecką na Sanie. Idą
nocą podczas śnieżnej zawiei przez zamarzniętą rzekę. Jedna z kurierek
wpada na sowieckiego strażnika. Generał spieszy jej z pomocą, choć
według zasad konspiracji powinien iść dalej. Inne kurierki idą osobno,
choć, jak się później okazuje, wszyscy zostają schwytani.

Przez
prawie dwa lata pierwszej sowieckiej okupacji we wschodniej Polsce
trwała nieustanna walka o stworzenie sieci konspiracji, zaczątków
państwa podziemnego, takiego, jakie powstawało pod okupacją niemiecką.
Tutaj okazało się to o wiele trudniejsze, a na terenie Lwowa wręcz
niemożliwe. Sowieckie metody wszechstronnych represji i eksterminacji, a
także bardzo zróżnicowane i podstępne sposoby dezinformacji,
manipulacji i propagandy działające na różnych płaszczyznach życia
społecznego i prywatnego rozbijały skutecznie okupowane społeczeństwo, w
szczególności także wojskowe i cywilne sieci oporu konspiracyjnego.
Mimo niepowodzeń, aresztowań kolejnych przywódców konspiracyjnych, trwał
wysiłek budowy niepodległościowego podziemia na terenie Lwowa i Galicji
Wschodniej, podobnie jak na całych Kresach, w szczególności na
Wileńszczyźnie. Starano się nawiązać i podtrzymywać stałe kontakty z
centralami w Warszawie i Paryżu na szlakach przez Wilno lub przez
Rumunię i Węgry. Do Lwowa wyszło w tym czasie ponad 80 kurierów, z
których do celu doszła tylko połowa.

Konspiracja od początku
Pierwsze
próby tworzenia organizacji konspiracyjnych podjęto już na początku
okupacji Lwowa, w końcu września 1939 r., gdy okazało się, że układ
zawarty między polskimi i sowieckimi władzami wojskowymi został
natychmiast złamany. Około 15 tysięcy polskich żołnierzy wziętych do
niewoli wywieziono w głąb Rosji. Na początku października generał w
stanie spoczynku Marian Januszajtis, związany ze Stronnictwem Narodowym,
rozpoczął tworzenie Polskiej Organizacji Walki o Wolność (POWW). Jego
zastępcą był generał Mieczysław Boruta-Spiechowicz. Organizacja nie
zdążyła się jeszcze rozbudować, gdy w końcu października Januszajtis
został aresztowany przez NKWD. Przesłuchiwał go sam gen. Iwan Sierow.
Januszajtis zasugerował, że jest w posiadaniu ważnych informacji o
Niemcach, które mogą przydać się Sowietom w możliwej wojnie
niemiecko-sowieckiej. Sierow uznał wagę zeznań więźnia i skierował go
wyżej, do Moskwy, na Łubiankę. Tam przesłuchiwał go sam szef NKWD
Ławrientij Beria, który uznał wiadomości Januszajtisa za na tyle cenne,
że pozostawił go w więzieniu do 1941 roku, do czasu tworzenia Armii
Polskiej przez generała Władysława Andersa. Podobno miał nawet wykłady
dla oficerów NKWD. Wydawało mu się, że przechytrzył Sowietów, podejmując
z nimi swego rodzaju grę, lecz to oni wykorzystali go, wydobywając
rozmaite informacje, które posłużyły potem do spenetrowania polskiego
środowiska na Kresach, do opracowania planów budowy przy pomocy
polskiego podziemia polskiego państwa komunistycznego po zakończeniu
wojny. Podobną grę z władzami sowieckimi podejmowali w dobrych
intencjach także inni przywódcy podziemia, skutecznie rozpracowywanego
przez służby sowieckie.
Po Januszajtisie organizację POWW przejął na
krótko generał Boruta-Spiechowicz. Obawiając się jednak rozpoznania,
wyjechał najpierw do Przemyśla, a później starał się przedostać na
Węgry. Zdążył jeszcze odwiedzić w szpitalu generała Andersa, który
odradzał mu wyjazd ze Lwowa. Na granicy został schwytany przez straż
sowiecką. Obaj generałowie znaleźli się w sowieckich więzieniach aż do
wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku.
W tym samym
czasie we Lwowie powstawało wiele innych, niezależnych od siebie
organizacji konspiracyjnych, przede wszystkim organizowana przez
centralę w Warszawie, generałów Stefana Roweckiego i Michała
Tokarzewskiego-Karaszewicza, Służba Zwycięstwu Polski, z której powstał
później ZWZ – Związek Walki Zbrojnej. Trudno dziś jednoznacznie
stwierdzić, kto zakładał ZWZ we Lwowie, wśród wielu oficerów, którzy na
początku przewinęli się przez jego szeregi, byli: płk Stanisław
Sosabowski i major Alfons Aleksander Klotz „Niewiarowski”. Nawiązali oni
kontakty z pozostałą częścią organizacji POWW, ppłk. Janem Sokołowskim
„Trzaską”, płk. Jerzym Dobrowolskim, mjr. Zygmuntem Dobrowolskim,
przekazując im upoważnienie władz wyższych do powołania ZWZ w Galicji i
na Wołyniu. Po aresztowaniu przez NKWD płk. Dobrowolskiego, część
powstałego ugrupowania przejął ppłk Sokołowski i była ona odtąd znana
jako ZWZ-2. Były to ugrupowania poniekąd konkurencyjne, wywodziły się
bowiem z różnych orientacji politycznych, narodowych i legionowych.
Historyk Rafał Wnuk w pracy „‚Za pierwszego Sowieta’. Polska konspiracja
na Kresach Wschodnich II Rzeczpospolitej (wrzesień 1939 – czerwiec
1941)” (IPN 2007) tak przedstawiał tę sytuację: „Konflikt między ZWZ-1 a
ZWZ-2 był zarówno efektem ambicji i wzajemnych uprzedzeń dowódców, jak i
rezultatem wykluczających się wzajemnie instrukcji płynących z co
najmniej dwu różnych ośrodków decyzyjnych. Dodać do tego trzeba różnice
wynikające z poglądów politycznych liderów. Przywódcy ZWZ-1 utożsamiali
się z gen. Sikorskim, wielu przyznawało się do poglądów zdecydowanie
antysanacyjnych, najczęściej narodowych, a niektórzy z nich przed
wybuchem wojny zasiadali we władzach lwowskiego Stronnictwa Narodowego”.
Do różnych programów i sposobów działania, które prowadziły do sporów i
konfliktów, dołączyły się trudności, jakie sprowadzała sowiecka
okupacja. Sowieci szybko zorientowali się w konflikcie i zaczęli go
wykorzystywać w rozgrywaniu tych grup i ich przywódców przeciw sobie, co
w polskim środowisku lekceważono, nie doceniając operacyjnych
umiejętności Sowietów. Wkrótce okazało się, że obie organizacje
stopniowo zinfiltrowano i są pod kontrolą NKWD, nie mając właściwie
możliwości działania. Wszelkie próby samoorganizacji, a także wywiadu i
dywersji, którą przygotowywano zwłaszcza w rejonie wydobycia i przewozu
ropy naftowej (Borysław i Drohobycz), były znane Rosjanom.
W tej
sytuacji generałowie Władysław Sikorski i Kazimierz Sosnkowski podjęli w
Paryżu decyzję o mianowaniu komendantem Okręgu ZWZ we Lwowie generała
Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza. Wyjeżdżał z Warszawy z misją
scalenia, zorganizowania na nowo rozbitych ugrupowań ZWZ. Z decyzją tą
nie zgadzał się generał Rowecki, uważając, że Tokarzewski jest zbyt
znany we Lwowie i będzie łatwo zdekonspirowany. Miał rację, generał
Tokarzewski został aresztowany, zanim dotarł do Lwowa. Próbowano go
jeszcze odbić później z transportu w głąb Rosji, ale to się nie udało.
Nie został, na szczęście, rozpoznany przez Sowietów, skazano go na 8 lat
łagrów i wywieziono na północ pod Archangielsk, gdzie pracował przy
wyrębie lasów. Rozpoznano go jednak tuż przed wybuchem wojny
niemiecko-sowieckiej i przewieziono do Moskwy, na Łubiankę. W
przeciwieństwie do generała Januszajtisa odmówił jednak współpracy z
NKWD. Wcześniej, w czerwcu 1940 r., Klotz i kurierka Wanda Ptaszek
wyruszyli ze Lwowa w głąb Rosji, przez kilka miesięcy poszukując
generała Tokarzewskiego, jednakże bez rezultatu.

Kolejni
emisariusze

W tym czasie, gdy Tokarzewski przebywał w więzieniu
we Lwowie, z Paryża zostaje wysłany mu do pomocy jako zastępca ppłk
Stanisław Pstrokoński. Jedzie przez Warszawę, gdzie dowiaduje się o
aresztowaniu Tokarzewskiego. Na początku kwietnia 1940 r. jako ppłk
Łoziński dociera do Lwowa. Jako zastępca komendanta okupacji próbuje
rozpoznać sytuację i podporządkować sobie całą organizację ZWZ. Kolejnym
dowódcą ZWZ-1 jest major Emil Macieliński „Kornel”, „Rey”, człowiek
niepewny, mający opinię uległego wobec sowieckich służb. Kilkakrotnie
aresztowany jest jednak zawsze wypuszczany, co wzbudza podejrzenia, że
współpracuje z NKWD. Nie zamierza się też usunąć ani współpracować z
Pstrokońskim. Wkrótce sam Pstrokoński odczuwa, że wokół niego zaczyna
się dziać coś niepokojącego. Dowiaduje się, że Macieliński kazał go
śledzić, ginie radiotelegrafista „Jacek”, nie ma więc łączności ze
światem zewnętrznym. W końcu czerwca zostaje aresztowany ze swym
pomocnikiem, kapitanem Stanisławem Mrozkiem. Na przesłuchaniu, gdy
próbuje się kamuflować, generał NKWD kombryg Rejchman zwraca się do
niego wprost „gospodin połkownik Pstrokoński”, dając do zrozumienia, że
wszystko o nim wiedzą. Być może wiedziano już o jego misji w stolicy
Francji. Na szlakach między Paryżem, Warszawą i Lwowem kursowali jako
kurierzy także ludzie o niejasnych biografiach, tacy jak bracia Józef i
Stanisław Żymierscy, którzy później – jak Michał Żymierski – przeszli na
stronę sowiecką, czy tacy, jak podejrzany emisariusz Tadeusz Strowski,
podający się za majora, albo Bolesław Zymon, agent działający na
Wołyniu. Gdy wysyłano Pstrokońskiego do Lwowa, zastępcą Komendanta
Głównego ZWZ w Paryżu był gen. Gustaw Paszkiewicz „Radwan”, który po
wojnie wrócił do kraju, był dowódcą dywizji zwalczającej „reakcyjne
podziemie”, a później kierował Wojewódzkim Komitetem Bezpieczeństwa w
Białymstoku.
W czasie śledztwa Pstrokoński po rozpoznaniu przez
Sowietów uznał dalszy opór za bezcelowy i zgodził się na współpracę z
NKWD. Doszedł do wniosku, jak później tłumaczył w swym raporcie, że
warto zaryzykować, by ocalić resztę kontaktów i „zabić zdradę w
organizacji”, jak się wyraził, mając na myśli Macielińskiego. Wydawało
mu się, że może jeszcze podjąć wielką grę z Sowietami o uratowanie
honoru organizacji, ale też bezpieczeństwo własne i swojej rodziny,
którą miał we Lwowie. Musiał jednak zdawać sobie sprawę, że jest
całkowicie w rękach służb sowieckich, które mogą go szantażować i
osaczać na wszystkie sposoby. Jerzy Węgierski, historyk, który sam był
uczestnikiem lwowskiej konspiracji, w książce „Lwów pod okupacją
sowiecką 1939-1941” podaje obszerny opis tego śledztwa według meldunku
Pstrokońskiego z 1942 r.; mamy okazję szczegółowo poznać mechanizm i
meandry tej gry: „Gdy zaproponowali mi, że mnie zwolnią, bym prowadził
organizację pomyślnie dla nich, zgodziłem się po całonocnym rozmyślaniu.
(…) Sądziłem, że mogę dać dużą korzyść, jeśli wejdę od wewnątrz w
machinacje NKWD u nas, poznam je i zamelduję. (…) Powieźli mnie do
Moskwy, gdzie 2 godziny rozmawiałem z min. Berią, tłumacząc mu, że wobec
wojny z Niemcami, która Sowietom grozi, polityka ich wobec Polaków jest
błędna. Była wtedy klęska Francji i Sowieci byli jednak trochę
zaniepokojeni. Wysilałem cały swój spryt, aby oddziałać w kierunku
złagodzenia stosunku Sowietów do aresztowanych”.
Po dwóch tygodniach,
na początku lipca 1940 r., zwolniono Pstrokońskiego z Łubianki i
potajemnie przewieziono do Lwowa, pozorując jego ucieczkę z transportu.
Liczył, że będzie mógł działać na dwie strony. „Miałem przed sobą dwie
drogi – pisał w późniejszym raporcie – zaalarmować od razu albo działać
metodycznie, aby odciąć org[anizację] od Reja, a potem go sprzątnąć i
próbować ucieczki. Wybrałem ten drugi plan, aby nie narazić ludzi i
lepiej się zorientować w innych źródłach zdrady. Z mieszkania zaczęli
mnie wypuszczać na określone kontakty: Rej, Leszek, Wasylewski i raz
Halban, którego nie zastałem. U Reja trzy razy; z całą pewnością
zdradzał, gdyż zadawał mi pytania w słowach identycznych jak Rejchman”.
Jednocześnie ostrzegał przed kontaktami ze sobą: „Wasylewskiemu
powiedziałem, co robię i poleciłem mu uprzedzić org[anizację] o zdradzie
i rozsiać pogłoskę o mej pracy, aby się nikt nie zbliżał do mnie bez
wezwania”. Według opinii Sokołowskiego „Trzaski”, „był wypuszczony ‚na
wabia’. Nikogo nie wsypał”.
Pstrokoński działał w ten sposób we
Lwowie tylko dziesięć dni. Sowieci uznali, że nie spełnił swej roli, czy
też, że się zdekonspirował, aresztowali go ponownie i wywieźli do
Moskwy. Rozpuszczono tylko wiadomość, że wyjechał do Białegostoku,
zapewne przez Macielińskiego, który był przy jego wyjeździe. Został
osadzony znów na Łubiance, gdzie doczekał uwolnienia po wybuchu wojny
niemiecko-sowieckiej. Jego późniejsze raporty z 1942 roku i opisy
dramatycznych przeżyć we Lwowie nie muszą być jednak w pełni wiarygodne.
Usprawiedliwiał w nich poniekąd swą rolę. Oskarżał Macielińskiego o
zdradę i wszystko wskazywało na to, że słusznie, ale sam niebezpiecznie
się do niej zbliżał. Jeśli konkurowali ze sobą o przejęcie ZWZ, to
jednak jako współpracownicy NKWD, nastawiani zapewne jeden na drugiego.
NKWD obstawiało obie strony gry naraz.
Zarówno w centrali w
Warszawie, jak i w Londynie orientowano się w tej trudnej sytuacji we
Lwowie, choć przychodziły stamtąd również wiadomości dezinformujące i
fałszywe. Nad Pstrokońskim we wrześniu 1941 r. zawisł wyrok śmierci za
zdradę. Nieco później nad Macielińskim. Generał Rowecki zatwierdził
tylko drugi wyrok. Czy to był prawdziwy zdrajca? Wątpliwości, choć coraz
mniejsze, pozostały do dziś. Mogłyby je rozwiać tylko archiwa NKWD.
Trzecim
i ostatnim „specjalnym emisariuszem”, który miał ratować i opanować
rozpad ZWZ we Lwowie, był pułkownik Leopold Okulicki „Jan”, „Mrówka”. Z
polecenia generała Grota-Roweckiego wyruszył w końcu października 1940
r. z szyfrantką Bronisławą Wysłouchową prawdopodobnie przez Białystok,
Brześć, Kowel do Lwowa. Przejście przez granicę miało być zabezpieczone
przez ppor. Bolesława Zymona „Bolka”, poręczonego przez rodzinę senatora
Bolesława Wysłoucha jako wiarygodnego współpracownika Stronnictwa
Narodowego, przed wojną instruktora młodzieży ludowej na Wołyniu. Jak
się później okazało, był już agentem NKWD, a więc cała droga Okulickiego
od samej Warszawy była znana Sowietom. Znalazł się w ich rękach
doprowadzony przez agenta. Jednakże Sowieci nie zamierzali go wcale
unieszkodliwiać czy aresztować, dopóki nie uznali tego za niezbędne,
przeciwnie, najpierw pozwolili mu działać, by pójść jego tropem,
nawiązywać kontakty, „wystawiać” jeszcze nieznanych ludzi próbujących
odtworzyć konspiracyjną sieć. Nadal rozgrywali obie grupy ZWZ przy
pomocy swojej agentury, zamierzając je w pełni opanować i wykorzystać.
Okulicki
z trudem nawiązał kontakty z niektórymi dowódcami, zwłaszcza z
Macielińskim, który nie zamierzał mu się podporządkować. Uznał, że
organizacja utraciła samodzielność, a jej dowódca wiarygodność, że
należałoby utworzyć nową, złożoną z ludzi pewnych, co jednak szybko
okazało się niemożliwe. Wiadomości o tej niejasnej, podejrzanej sytuacji
we Lwowie dochodziły do Warszawy i Londynu, opinie o roli niektórych
dowódców były podzielone, zwłaszcza co do Macielińskiego, który swoją
drogą dostarczał wiadomości mylących, wprowadzających w błąd Centralę,
jak się można było później zorientować po ich konfrontacji. Na tym tle
powstawały nieporozumienia między władzami w Warszawie i Londynie,
między generałem Roweckim a generałami Sikorskim i Sosnkowskim, którzy
ufając jednak Macielińskiemu, awansowali go wcześniej i mianowali p.o.
komendantem Obszaru Lwowskiego.
Na początku 1941 roku służby
sowieckie uznały jednak, że działalność Okulickiego powinna być
zakończona i aresztowały najpierw kurierki i Bronisławę Wysłouchową, a w
końcu stycznia samego Okulickiego. Zainscenizowano to niemal w stylu
sensacyjnego filmu. Do mieszkania, w którym przebywał Okulicki, weszło
dwóch enkawudzistów z karabinami, prowadząc przed sobą osobnika z
podniesionymi do góry rękami. Wyjaśniono Okulickiemu, że to złodziej,
który przyznał się, że ukradł mu zegarek. Zaskoczonego Okulickiego
poproszono, by pojechał z nimi na komendę i złożył odpowiednie zeznanie,
jeśli to nie jego zegarek. W samochodzie, podobnie jak po aresztowaniu
Pstrokońskiego, przedstawił mu się oficer NKWD, zwracając się do niego
już po nazwisku. Przewieziono Okulickiego, jak poprzednich dowódców
konspiracji, do Moskwy, na Łubiankę. „Po aresztowaniu – napisał w
późniejszym meldunku z września 1941 r. – zaraz przesłuchiwał mnie
zastępca komisarza Berii, minister NKWD Ukrainy, Sierow. Z miejsca
powiedzieli mi, kto jestem i co robię. Sierow zaproponował mi dalsze
dowodzenie ZWZ pod kontrolą NKWD. Oświadczyłem, że się co do mnie
pomylili i że ja ich agentem nie będę. Tutaj zgodziłem się, że dam im
wiadomości o Niemcach, jakie posiadam, za co zostanę skierowany do
‚Rakonia’ [gen. Roweckiego] jako poseł, żeby zaprzestać walki przeciw
ZSRR, a natomiast uaktywnić ją przeciwko Niemcom. Gra ta nie udała się,
bo w międzyczasie rozszyfrowano mój meldunek, zabrany u Wysłouchowej, z
którego wynikało, że moja działalność groziła ZSRR. Nazwano mnie
‚żulikiem’ i odpowiednio potraktowano”. Przewieziono go do więzienia
Lefortowskiego, po kolejnych przesłuchaniach i oskarżeniu, zapewne o
szpiegostwo i dywersję, czekał na rozprawę sądową. Uratował go wybuch
wojny niemiecko-sowieckiej i wkrótce razem z generałami
Borutą-Spiechowiczem i Tokarzewskim-Karaszewiczem oraz płk. Pstrokońskim
znalazł się w dowództwie Armii Polskiej organizowanej przez generała
Andersa. Nie uratowało jednak Okulickiego zakończenie wojny, zwycięstwo
wojenne Sowietów. Jeszcze przed końcem wojny został podstępnie
aresztowany i wywieziony do Moskwy razem z innymi przywódcami Polskiego
Państwa Podziemnego. W haniebnym, symbolicznym dla przyszłości Polski,
„procesie szesnastu” został skazany przez obce państwo, które w ten
sposób objawiało swą uzurpację do panowania nad światem. W nieznanych
okolicznościach zmarł lub został zamordowany w 1946 roku.

„Zdrajcy,
złamani, zagadkowi”

Jerzy Węgierski w artykule pod takim właśnie
tytułem (zamieszczonym w tomie „Okupacja sowiecka ziem polskich
1939-1941”, IPN 2005) określa tak kategorię ludzi o kontrowersyjnych
biografiach, niejasnych rolach i kontaktach, wreszcie ryzykownych
czynach, działających często nie w interesie swojej organizacji, lecz w
interesie sowieckim. Znanych, wyższych dowódców starano się wykorzystać
do gier politycznych, niższych i przypadkowo ujętych zmuszano przemocą,
często torturami do składania informacji i służby dla NKWD. W okupowanym
Lwowie, w środowisku co rusz powstającej i rozbijanej konspiracji,
pojawiali się wciąż nowi, nieznani ludzie, odgrywający różne role,
trudni do rozpoznania, tajemniczy, o których do dziś często nie wiadomo
nic pewnego. Wśród jawnych zdrajców – jak Strowski, który „wystawił”
wiele osób, przez którego zginęło pięciu ludzi po procesie czternastu,
działaczy Stronnictwa Narodowego, aż sam został stracony – byli agenci
NKWD, jak bracia Żymierscy czy Zymon (choć Węgierski uważa, że pod niego
podszywał się inny agent), byli też ludzie tacy jak Macieliński, Gola
czy Metzger ze ścisłej czołówki ZWZ, którzy zostali złamani przez NKWD w
śledztwach, ale nie wszyscy posuwali się do zdrady, choć w wypadku Goli
ta się później potwierdziła. Lawirowali lub na tyle byli wygodni dla
NKWD, że stanowili pewien parawan dla rozgrywek, manipulacji między
dwiema grupami ZWZ, byli wykorzystywani do tworzenia wzajemnych
podejrzeń i oskarżeń. Macielińskiego miał kompromitować między innymi
mjr Klotz z dowództwa ZWZ-2, który był podobno jego osobistym
nieprzyjacielem sprzed wojny. Wiele wskazuje jednak na to, że
Macieliński był nie tylko bezwolnym i wygodnym dla NKWD dowódcą ZWZ-1,
gwarantującym bezczynność konspiracji. Opinie wysłanników gen.
Roweckiego do Lwowa były jednoznaczne. Okulicki w raporcie ze stycznia
1941 r. stwierdzał: „‚Kornel’ jest agentem NKWD”, a Pstrokoński w
sierpniu tego roku: „Zdradę ‚Reja’ i jego żony uważam za pewną”. Rafał
Wnuk przytacza na dowód dokument pochodzący z archiwum NKWD, wskazujący
na autorstwo Macielińskiego, w którym jest deklaracja poddania ZWZ NKWD i
szczegółowe rady, jak zorganizować współpracę. Wnuk pisze: „Autor
dokumentu roztaczał wizję polskiego podziemia, pracującego na rzecz
Związku Sowieckiego, Polaków zaś jako najlepszych przyjaciół Sowietów. W
zamian prosił o pozwolenie na osobiste spotkanie z gen. Sikorskim w
Paryżu. Ta partia tekstu jest kolejną przesłanką wskazującą, że autorem
tekstu jest mjr Macieliński: ‚Jeśli władza sowiecka wyraziłaby zgodę,
pojechałbym tam razem z żoną, ale żeby władza sowiecka nie nabrała
podejrzeń, że chcę uciec, pozostawię we Lwowie mojego jedynego syna’.
Trzeba wiedzieć, że ‚Kornel’ przebywał we Lwowie razem z podejrzewaną o
współpracę z NKWD żoną i jedynym synem”.
Edward Gola „Andrzej”,
„Rudy” pojawiał się już wcześniej, podobnie jak Strowski. Schwytany
przez służby sowieckie wiosną 1940 r. poszedł od razu na współpracę. W
sierpniu 1940 r. zniknął szef wywiadu ZWZ-2 Jerzy Kaden „Florian”. Gola
rozgłaszał, że wyjechał do Rumunii. Tymczasem aresztowano go na
lwowskiej ulicy, służbom wskazał go Gola. Podobnie gdy „zniknął” mjr
Dobrowolski, w pobliżu był Gola. Za jego sprawą aresztowano kurierkę
Władysławę Piechowską, gdy udawała się do Warszawy. Gola odprowadził ją
do pociągu, ujęto ją na pierwszej stacji za Lwowem. Po latach
potwierdzała te podejrzenia: „Andrzej Gola przygotował mój wyjazd do
Warszawy, wszystkie starania są przez niego starannie robione, trudno
jest go posądzić jeszcze w tym czasie, iż jest na usługach NKWD”.
Piechowska została przewieziona do Moskwy i w więzieniu na Butyrkach
skazano ją już w dzień po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej na 10 lat
łagrów. Jak podaje Węgierski, „zachowywała się bardzo dzielnie. Podczas
śledztwa, gdy posadzonej na taborecie śledczy zaczął grozić pałką
policyjną (‚którą bito komunistów’), złapała taboret: ‚Możemy się bić,
ale bić się nie dam’. Gdy ogłoszono wyrok, w którym powiedziano o
konfiskacie majątku, rzuciła sędziom na stół swój woreczek zszyty z
ręcznika, doprowadzając ich do wściekłości”.
Akcje Goli i mniej
znanego wtedy kpt. Edwarda Metzgera były, widać, szczegółowo z NKWD
uzgodnione i podstępnie zaplanowane. Tę przewrotność opisał dokładniej
Węgierski: „Największym ‚majstersztykiem’ Goli i Metzgera, działającego
już w ZWZ-1, było wyłudzenie poczty przeznaczonej dla komendanta Obszaru
ZWZ-1, ppłk. Emila Macielińskiego ‚Kornela’, od przybyłego z Warszawy
kuriera, oficera policji Kordeckiego ‚Marcyniuka’. Pocztę odebrał
podstawiony jako ‚mjr Dobrowolski’ agent NKWD. ‚Marcyniukowi’ pozwolono
wyjechać do rodziny w Krzemieńcu, a gdy wrócił podstępnie go
aresztowano. Zwolniono go za cenę zgody na współpracę; chodziło o
rozszyfrowanie w Warszawie komendanta głównego ZWZ ‚Rakonia’. Tymczasem
Metzger warszawską pocztę doręczył ‚Kornelowi’ jako „wykupioną od
Dobrowolskiego za 500 rubli”, a z „Kornelem” skontaktował ‚Marcyniuka’.
Ten rozpoznał pocztę, myśląc pewno, że ‚Kornel’ jest w zmowie z NKWD. Z
pocztą od ‚Kornela’ powrócił do Warszawy”. Największą ofiarą tej afery
stał się Włodzimierz Kordecki „Marcyniuk”. Oskarżono go o zdradę i
wydano na niego wyrok śmierci. Była to największa, tragiczna pomyłka w
początkach lwowskiej konspiracji.
Mimo wszystko Gola i Metzger długo
cieszyli się zaufaniem przełożonych i kolegów, dłużej niż Macieliński.
Dopiero po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej i konfrontacji ze
zwolnionymi z więzień w Moskwie zorientowano się w ich zdradzie,
jednakże do późnej jesieni działali zupełnie swobodnie już w nowych
warunkach okupacji niemieckiej. Bynajmniej nie udali się na wschód za
swoimi mocodawcami, lecz skierowali do Warszawy, być może z nowym
zadaniem NKWD, by uwiarygodnić się i zdobyć kontakty w Centrali albo
może w poszukiwaniu nowego, niemieckiego mocodawcy. Sposobem
uwiarygodnienia mogłoby też być oskarżenie Macielińskiego o zdradę.
Nieco
wcześniej, w lecie 1941 r., generał Rowecki prowadził już własne
dochodzenie w sprawie stanu organizacji we Lwowie, wysłał tam też nowe
kierownictwo Obszaru nr 3 ZWZ. Sąd Kapturowy ZWZ zbiera dowody zdrady
Macielińskiego i na wniosek prokuratora wnosi akt oskarżenia przeciw
niemu i wydaje we wrześniu 1941 r. zaocznie wyrok śmierci. Generał
Grot-Rowecki ponad miesiąc zwleka z jego zatwierdzeniem, biorąc pod
uwagę rozmaite opinie o Macielińskim, w tym takie, że oskarżają go m.in.
ci, którzy są współpracownikami NKWD. Dopiero wtedy też zwrócono uwagę
na rolę innych ludzi z ZWZ we Lwowie, występujących pod pseudonimami
„Antoni Rudy” i „Hasling” lub „Ketling”. Okazało się, że są to Edward
Gola i Edward Metzger, działający już od dawna w samej Centrali w
Warszawie. W połowie listopada sąd ZWZ wydał na nich wyrok śmierci,
który wykonano na początku grudnia. Jak podaje Cezary Chlebowski,
wykonał go zespół bojowy kontrwywiadu Komendy Głównej ZWZ w składzie:
ppor. Leszek Kowalewski „Czarny” i kpr. pchor. Tadeusz Towarnicki.
Wykorzystano okazję, że Gola i Metzger chcieli sprzedać obraz. Umówiono
się z nimi osobno, z Golą w mieszkaniu przy ul. Szarej, gdzie odczytano
mu wyrok, po którym przyznał się od razu, licząc na szansę
rehabilitacji. Żołnierze wykonali rozkaz. Z Metzgerem umówili się w
lokalu przy Marszałkowskiej, później poszli Wspólną w kierunku Kruczej. W
zaułku jeden z nich strzelił do Metzgera, a w tym momencie zza rogu
Kruczej wyszedł patrol niemiecki. Słaniającego się Metzgera żołnierze
biorą między siebie, udając pijanych. Niemcy pytają ich, kto strzelał,
ale widząc ich stan, idą dalej. Metzger zostaje porzucony w najbliższej
bramie.
Wyrok na Macielińskiego zatwierdził Rowecki w końcu
listopada. Miesiąc później został wykonany, nie ma jednak pewności, w
jakim miejscu Warszawy. Według jednych relacji, na Powiślu między mostem
Poniatowskiego a kolejowym, albo też w Alei 3 Maja, według innych na
ul. Langiewicza koło Pola Mokotowskiego, a nawet gdzieś na Saskiej
Kępie.

Lwów tragiczny
W tak trudnych warunkach, o
wiele trudniejszych niż pod okupacją niemiecką, powstawała konspiracja
we Lwowie. Metody sowieckiego terroru były bardziej zróżnicowane i
skuteczne niż niemieckie, nie dążono tylko do eksterminacji, ale również
do opanowania i wykorzystania przeciwnika dla własnych, politycznych,
ideologicznych, bardziej dalekosiężnych, jak się okazało, celów.
Opanowanie organizacji konspiracyjnych, takich jak ZWZ, nie było tylko
grą wywiadów lub niszczeniem wroga, służyło także planowi stworzenia
podwalin ewentualnego „polskiego państwa komunistycznego”, zależnego od
ZSRS. Ten sam sposób działania zastosowano przecież, i to bardzo
skutecznie, po wojnie w zakładaniu komunistycznych podstaw państwa PRL, a
w szczególności w opanowywaniu i likwidowaniu polskiego podziemia
niepodległościowego, jak to było w przypadku stopniowego przejęcia
organizacji „Wolność i Niezawisłość” aż po jej najwyższe władze. Trzeba
też przypomnieć, że już od początku wojny skutecznie opanowywano
środowiska polskiej inteligencji, prawda, że głównie komunistycznej,
tej, która schroniła się we Lwowie przed okupacją niemiecką. Środowisko
to zorganizowane przez Wandę Wasilewską i Jerzego Borejszę, oczywiście
pod nadzorem władz sowieckich, nie sprzyjało na pewno niepodległościowej
konspiracji, było raczej zaczątkiem „polskiego państwa
komunistycznego”, zalążkiem przyszłej „rewolucji kulturalnej” w PRL spod
znaku socrealizmu. Mimo niepowodzeń i porażek władze Polskiego Państwa
Podziemnego nie ustawały w organizowaniu konspiracyjnego ruchu oporu pod
okupacją sowiecką. Przerwał te dążenia wybuch wojny
niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.
Sowieci, nie spodziewając
się zdrady ze strony niemieckich sojuszników, w popłochu opuszczali
Lwów. Nie zostawili jednak, jak by można oczekiwać, jego mieszkańców w
spokoju. Po czterech wielkich deportacjach 1940 i 1941 roku, w których
wywieziono z Kresów Wschodnich w głąb Rosji setki tysięcy ludzi, Lwów
przeżywał kolejną tragedię. Nie doszło wprawdzie do następnej wywózki w
końcu czerwca 1941 r., ale Sowieci ewakuowali wszystkie obozy jenieckie w
okolicach Lwowa i wymordowali niemal wszystkich więźniów w czterech
lwowskich więzieniach i w innych okolicznych miastach. „Przed swą
ucieczką NKWD – pisze Jerzy Węgierski – w pierwszym dniu wojny zdołało
jeszcze ewakuować 800 więźniów z któregoś z więzień lwowskich; pędzono
ich piechotą aż do Moskwy, dokąd przybyli 28 sierpnia. Po drodze, kto
nie mógł iść, ten został przebity bagnetem, po czym konwojent badał
puls, czy skonał, jeśli nie, to powtórnie przebijał. Z Moskwy ewakuowano
ich dalej, już koleją. Gdy w połowie listopada zostali dowiezieni do
Pierwouralska, okazało się, że przeżyło tylko 248 osób”.
W więzieniu
na Brygidkach w pierwszych dniach wojny więźniowie zauważyli, że
sowiecka służba więzienna opuściła swe posterunki. Próbowali się
uwolnić, ale w nocy wróciła wzmocniona załoga sowiecka i otworzyła ogień
do więźniów zebranych na podwórzu. Zamknięto ich w celach i wywoływano
po kilku na więzienne podwórze. Tam rozstrzeliwano ich, zagłuszając
strzały warkotem samochodów. Trwało to kilka dni, później Sowieci
opuścili nagle więzienie. Nieliczni ocaleni więźniowie wydostali się z
cel. „Zaczęli ostrożnie schodzić na dół” – opisuje to wydarzenie Jerzy
Węgierski, opierając się na relacjach więźniów. „Dostali się do kuchni,
gdzie w kotłach była jeszcze gorąca zupa. Potem uwolnili jeszcze
zamknięte w jednej z cel siedzące tam przerażone, półnagie kobiety. Spod
jakichś drzwi spływał na korytarz strumyk krwi. Gdy drzwi otwarto,
oczom ukazały się ułożone w stosy ciała pomordowanych więźniów. Krew
płynęła spod bramy więziennej ulicą Byka i spływała do ścieku
podwórzowego po drugiej stronie ulicy”. Podobnie musiało być w wielu
innych więzieniach, w samym Lwowie i w jego okolicach.

Marek Klecel

 

drukuj