Tysiące zdjęć z Powstania

Z Jerzym Tomaszewskim ps. "Jur", fotoreporterem Powstania Warszawskiego,
korespondentem z ramienia Delegatury Rządu na Kraj, rozmawia Agnieszka Żurek

W jaki sposób trafił Pan do konspiracji?
– Rozpocząłem swoją działalność konspiracyjną w 1941 roku, po dwuletniej
formacji w tajnej szkole pod kierunkiem Romana Niemczyńskiego – przedwojennego
profesora szkoły fotograficznej. Został on desygnowany do tej pracy przez
prezydenta Stefana Starzyńskiego. Mój brat Stanisław Miedza-Tomaszewski po
skończeniu Akademii Sztuk Pięknych zaprzyjaźnił się z kołami związanymi z
prezydentem Starzyńskim i z poruczenia tych właśnie ludzi organizował pierwsze
wydawnictwa konspiracyjne. Stefan Starzyński przed aresztowaniem zalecił
gromadzenie dokumentacji, jaka powinna być przechwytywana.

O jakie dokumenty chodziło?
– Głównie o fotografie. Niemcy uruchomili prywatne zakłady fotograficzne po to,
żeby wywoływać tam zdjęcia do legitymacji i do dowodów osobistych. Równocześnie
oddawali do obróbki w tych zakładach swoje filmy. Przed wojną niemiecki przemysł
fotograficzny był już bardzo rozwinięty – prawie każdy Niemiec idący na front
miał własny aparat fotograficzny. Roman Niemczyński wykorzystał to. Właściciele
zakładów fotograficznych otrzymali polecenie przechwytywania niemieckich zdjęć.

Jakie zdjęcia udało się w ten sposób przejąć?
– Udało się przechwycić na przykład zdjęcia z masakr dokonywanych przez Niemców
na Śląsku, na Pomorzu, z egzekucji w Wawrze, w Bydgoszczy i inne. Bardzo wiele
zdjęć było przesyłanych na ręce rządu emigracyjnego w Lublinie. Wiele z nich
dokumentowało zbrodnie dokonywane na jeńcach wojennych. Już od 1940 roku, kiedy
to pierwsi taternicy po zakończeniu działań wojennych zaczęli być wysyłani za
granicę, także i oni zaczęli przemycać fotografie. W ten sposób rząd emigracyjny
dowiadywał się o tym, co dzieje się w Polsce. Zdjęcia były jednak duże,
niewygodne w przenoszeniu, toteż taternicy niechętnie podejmowali się tej misji.
Zaczęto myśleć nad innymi rozwiązaniami. W polskim laboratorium na Powiślu
rozpoczęto prace nad zmniejszaniem zdjęć i sporządzaniem mikrofilmów.

Kto się tym zajmował?
– Inżynier Andrzej Honowski, który był jednocześnie fotografikiem i chemikiem.
Prowadził przed wojną laboratorium fotograficzne, które zostało później przejęte
przez Niemców. Inżynier Honowski wykorzystywał swoją wiedzę chemiczną nie tylko
do celów laboratoryjnych. Jeden ze środków używanych w laboratorium
fotograficznym, natron, może służyć do produkcji materiałów wybuchowych.
Honowski produkował z niego materiały używane w akcjach odwetowych.
Zaproponowano mu prowadzenie laboratorium Foto-Rys, które prowadziło bardzo
poważną działalność przechwytywania doskonałej jakości zdjęć. Do tego
laboratorium oddawali swoje zdjęcia najlepsi fotografowie niemieccy. Wywoływane
były tam zdjęcia z egzekucji, z getta, z obozów koncentracyjnych. Tam właśnie
Honowski zajmował się konspiracyjnie zmniejszaniem filmów, które następnie mieli
przewozić kurierzy.

Kiedy trafił Pan do Foto-Rysu?
– W 1941 roku, pracowałem tam dwa lata. Było nas tylko kilku – inżynier Andrzej
Honowski, Mieczysław Kucharski, laborant Baran i ja. W ciągu tych dwóch lat
przechwyciliśmy tysiące zdjęć. Laborant, wywołując zdjęcia, robił jedną czy dwie
odbitki więcej, później w umówionym miejscu wyrzucaliśmy je do kosza na śmieci,
a potem przejmowały je kolejne osoby. Kilka laboratoriów wykonywało z tych zdjęć
filmy. Małe zdjęcia przerabiano na film laikowski. Filmy, po zmyciu z nich
żelatyny i obcięciu perforacji, przewożone były przez kurierów. Obecnie próbuję
uporządkować ten materiał i opisać, kto, w jakim czasie i o jakiej tematyce
filmy przemycał. Pozyskane przez nas zdjęcia były publikowane w Anglii i w
Stanach Zjednoczonych w formie wystaw, książek, broszur. Do każdego zestawu
zdjęć dołączane były opisy tego, co działo się w Polsce.

Jak długo udało się utrzymać fakt przemycania zdjęć w tajemnicy?
– Trwało to do 1943 roku. W końcu wywiad doszedł do tego, że odbywa się
przemycanie zdjęć. Było jasne, że mogą one pochodzić jedynie z Generalnej
Guberni. Duże laboratoria fotograficzne istniały jedynie w Krakowie i w
Warszawie. Niemcy zorientowali się, że przechwytywanie zdjęć ma miejsce w
Foto-Rysie. Na ul. Walecznych na Saskiej rozegrała się walka. Inżynier Honowski
bronił się, został ranny. W ciężkim stanie został przewieziony na Pawiak i tam
wkrótce zmarł. Nasza komórka została natychmiast zlikwidowana.

Czy oznaczało to przerwanie działalności?
– Po zlikwidowaniu Foto-Rysu otrzymałem polecenie stworzenia laboratorium w
prywatnym lokalu przy ul. Książęcej, gdzie było najbezpieczniej, ponieważ
mieszkało tam najwięcej Niemców. Sporządzaliśmy tam materiały mające służyć
potem w Powstaniu – broszury polityczne, hasła czy portrety członków rządu
emigracyjnego.

W jaki sposób był Pan przygotowany do wykonywania pracy fotoreportera
Powstania Warszawskiego?

– Byłem podwójnie szkolony – obok nauki w zawodowej szkole fotograficznej byłem
przygotowywany indywidualnie przez Niemczyńskiego, Kucharskiego i Honowskiego na
wypadek wybuchu Powstania. Już na początku 1944 roku zostałem powiadomiony, że
zostanę fotoreporterem i korespondentem z ramienia Delegatury Rządu i Biura
Informacji i Propagandy AK. Moim zadaniem było fotografowanie i pozyskiwanie
informacji na terenie Powiśla, Środmieścia oraz bliskiej Woli.

W końcu wybuchło
Powstanie…

– 1 sierpnia rozpocząłem swoją pracę. W drugim dniu Powstania, na polecenie
swojego szefa "Franka" – do dziś nie znam jego nazwiska – zostałem skierowany do
firmy Foto-Greger na Nowym Świecie. Było to bardzo duże, polskie, przedwojenne
laboratorium. Poszedłem tam z dwoma żołnierzami Powstania, żandarmami. Pan
Greger oddał mi do dyspozycji całe laboratorium i swoją pracownię. Do pracy
zaangażowałem swoją laborantkę, panią Wacławę Zacharską. Wywoływała ona
dostarczane przeze mnie filmy i robiła z nich powiększenia, które ja z kolei
oddawałem do redakcji "Rzeczpospolitej" przez "Franka". Moje zdjęcia były
umieszczane w prasie powstańczej i w gazetkach wywieszanych na ulicach Warszawy.
Trwało to prawie do końca sierpnia. W czasie Powstania zrobiłem ok. 1800 zdjęć.

Fotografował Pan głównie walki powstańcze?
– Tak, ale nie tylko, robiłem też zdjęcia z budowy barykad…

Czy któraś z fotografii szczególnie utkwiła Panu w pamięci?
– Nawet kilka. Szczególnie ceniłem zdjęcia powstańców wychodzących z kanałów na
ul. Warecką. Byli to obrońcy Starego Miasta. Oprócz samej tragedii walk na
Starym Mieście przeżyli dramat przejścia kanałami do Śródmieścia. Kanały były
pootwierane, Niemcy, jak tylko usłyszeli jakikolwiek hałas, natychmiast wrzucali
tam granaty czy karbid – po to, żeby powstańcy się dusili. Najgorzej było, kiedy
trzeba było nieść rannych. Tragedią było także to, że nie można było dostać się
do kanałów. Rannych wynoszono na stołkach, a nawet na deskach, i starano się
dostać z nimi do kanałów. Pamiętam jedną biedną ranną dziewczynę. Miała
poranione nogi owinięte w ceratę. Niosący ją powstańcy trafili w kanale na dość
głęboką wodę i w ten sposób do ran dziewczyny dostało się błoto. Była w
strasznym stanie, kiedy została wyciągnięta na powierzchnię, ale kiedy zobaczyła
Śródmieście w słońcu, zaczęła się śmiać.

Fotografował Pan przez cały okres Powstania?
– Pracowałem do 6 września, kiedy to przy ul. Kopernika zostałem ciężko ranny.
Oddałem zaprzyjaźnionym kolegom swoje przepustki, a aparat i filmy przekazałem
swojej laborantce Wacławie Zacharskiej. Ocaliła ona wszystkie moje negatywy.
Było tam kilka tysięcy zdjęć. Schowała je na Nowym Świecie 46, ukrywając je w
mieszkaniu za wanną. Ten dom szczęśliwie ocalał. Negatywy odzyskałem dopiero po
30 latach. Wacława była ze mną także w okrążeniu na Kopernika. Byliśmy
prowadzeni od ul. Kopernika przez Oboźną od tyłu na Uniwersytet Warszawski. Tam
zostaliśmy rozdzieleni. Nie mieliśmy kontaktu przez 30 lat. Ona myślała, że ja
nie żyję, ja to samo myślałem o niej.

Spotkali się Państwo po trzydziestu latach?
– Tak, dopiero wtedy Wacława zdecydowała się zamieścić w "Życiu Warszawy"
ogłoszenie, że poszukuje fotoreportera Powstania Warszawskiego, Jerzego
Tomaszewskiego. Podała adres, pod który się zgłosiłem. Oczywiście poznaliśmy się
natychmiast. Było to bardzo wzruszające, pełne łez spotkanie.

Sporządzanie dokumentacji fotograficznej było jedynym Pana zadaniem w
Powstaniu?

– Nie, moim obowiązkiem było również informowanie o nastrojach wśród ludności
cywilnej. Było to bardzo trudne. W czasie Powstania widziałem umierające dzieci,
dzieci rodzące się w piwnicach. Relacjonowanie tego, co przeżywała ludność
cywilna, było więc naprawdę ciężkim zadaniem.

Jakie były powojenne losy Pana kolegów z laboratorium fotograficznego?
– Mój przyjaciel Mieczysław Kucharski dostał polecenie udania się do oddziałów
partyzanckich. Kiedy zaczęło się Powstanie, zostali oni przewiezieni do
Warszawy, aby mogli wziąć w nim udział. Uczestniczył w zdobywaniu PAST-y na
Zielnej, gdzie jedną nogę mu urwało, a drugą pokaleczyło. Kiedy wiele lat po
wojnie otworzyłem pierwszą w Warszawie wystawę o Powstaniu Warszawskim,
wiadomość o tym rozeszła się szeroko. Mój przyjaciel odszukał mnie wtedy.
Mieszkał w Gorzowie Wielkopolskim. Oczywiście natychmiast do niego pojechałem.
Ktoś otworzył mi drzwi i zobaczyłem go siedzącego na krześle bez nóg. Był to
tragiczny widok. Natomiast inny nasz kolega, laborant Baran, został zabity w
czasie Powstania.

Także Pana rodzina poniosła ogromne ofiary w czasie Powstania.
– W czasie Powstania zginęli moi rodzice i bracia – starszy i młodszy. Przez
wiele lat ci z nas, którzy ocaleli, nie rozmawiali o tym, co przeżyli. Było to
zbyt trudne. Mój najstarszy brat Stanisław Miedza-Tomaszewski, naczelny plastyk
Biura Informacji i Propagandy AK i jedyny rysownik w Akcji "N", siedział z kolei
w więzieniu już po wojnie, aresztowany przez UB. Podobnie Zbigniew, który
wyszedł z Pawiaka, gdzie spędził cztery lata z wyrokiem śmierci, wkrótce po
wojnie trafił do więzienia komunistycznego. Zmarł niedługo potem, był bardzo
wyniszczony.

Jak ocenia Pan stopień zainteresowania współczesnych Polaków historią
Powstania Warszawskiego?

– W Łochowie, gdzie mieszkam, bardzo wiele osób interesuje się Powstaniem
Warszawskim. Jestem zapraszany do szkół, na wykłady, mam kopalnię dokumentów,
wiele z nich ocalało – część z nich przechowywała moja ciotka na Żoliborzu,
część była schowana w kościele na Tamce, inne – w skrytce podłogowej na
Bytomskiej w mieszkaniu brata. Zachowało się około 30 czy 40 tysięcy fotografii.
Są to zdjęcia niemieckie przechwycone w polskim laboratorium Foto-Rys. Tylko
niektóre z nich zostały opublikowane przez Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie i w
Imperial War Museum z Londynu. Reszta wciąż czeka na publikację.
 

Dziękuję za rozmowę.

drukuj