„Tygrysy”

„Przywrócić prawdziwe dzieciństwo tym, którzy go nie zaznali” to naczelna myśl, jaka przyświeca ks. Mirosławowi Mikulskiemu, który od 45 lat wśród wspaniałej mazurskiej przyrody, wraz z oddanymi sprawie przyjaciółmi, organizuje wakacyjne obozy letniego wypoczynku dla dzieci opuszczonych i zaniedbanych wychowawczo. Najwyraźniej organizatorzy osiągają zamierzony cel, ponieważ wśród obozowiczów panuje atmosfera prawdziwie rodzinnego szczęścia.


Geneza nazwy organizowanych przez ks. Mirosława Mikulskiego obozów wakacyjnych dla dzieci sięga historii rodzinnej. Jego wujek, ks. Feliks Kowalik, podczas wojny posługiwał przez półtora roku jako kapelan u Antoniego Hedy „Szarego”, legendarnego dowódcy oddziału AK operującego na Kielecczyźnie. Otrzymał wówczas pseudonim „Tygrys”. Po późniejszych aresztowaniach przez UB, przesłuchaniach i więzieniu, pracował w parafiach na terenie Warmii i Mazur m.in. w Brąswałdzie, Reszlu, Kwidzyniu i Olsztynku. Na prośbę ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego wraz z ks. Władysławem Malinowskim, proboszczem parafii w Józefowie koło Warszawy, przygotowywał kapłanów do posługi wśród turystów, niejednokrotnie pozbawionych możliwości uczestniczenia w niedzielnej Eucharystii. Ksiądz Kowalik utworzył wówczas „lotne brygady” duszpasterzy, które wpadały w niedzielę na pole biwakowe i ogłaszały, że zaraz będzie tu odprawiona Msza Święta. Mieli ze sobą naczynia oraz szaty liturgiczne, wystarczył więc jeszcze „kawałek” jakiegoś stołu i zaraz wszystko było gotowe.

Zainspirowany działalnością swojego wujka ks. Mirosław wkrótce po wyświęceniu na kapłana w 1962 r. bez zwłoki zabrał się za realizację swojego marzenia o organizowaniu letnich obozów dla dzieci o smutnym dzieciństwie. Pierwszy z nich odbył się już latem 1963 roku.

Również w tym roku, wśród pięknej mazurskiej przyrody, pod czujnym okiem „Szefa” – tak obozowicze nazywają księdza Mikulskiego, dzieci opuszczone i zaniedbane wychowawczo odpoczywają od swojej trudnej codzienności.


Obozowa infrastruktura


Obóz „Tygrysy” znajduje się nad jeziorem Bełdany, niedaleko Rucianego-Nidy. Obozowisko zajmuje trzy hektary terenu należącego do Henryka Rodzima, kolegi ks. Mirosława z czasów nauki w krakowskim gimnazjum, który użycza obozowiczom swojej ziemi bezpłatnie. Teren został specjalnie przygotowany, m.in. zdjęto humus (do żwiru) – wierzchnią, miękką warstwę ziemi, tak aby po deszczu nie było śliskiego błota i można było na nim bezpiecznie biwakować pod namiotami. Całość ogrodzono płotem z drewnianych żerdzi z pilnie strzeżoną bramą. Cztery drewniane domki, podarowane przez Nadleśnictwo Maskulińskie, doskonale nadają się do zabezpieczenia sprzętu biwakowego. Obóz posiada energię elektryczną, chłodziarki i zamrażarki do przechowywania żywności i studnię głębinową, z której czerpana jest wspaniała, czysta woda. Obozową kuchnię zaś prowadzi wspaniała ciocia Lusia.


Jak minął dzień?


Tegoroczny obóz jest już zorganizowanym po raz 45. przez ks. Mirosława Mikulskiego. Od roku 1990 liczba dzieci i ich dorosłych opiekunów wypoczywających na obozie stale rośnie. Dwa lata temu padł pod tym względem rekord, ponieważ na trzytygodniowy obóz przyjechało aż 520 osób.

Program każdego dnia jest tak zaplanowany, że nie pozwala się nudzić uczestnikom obozu. Pobudka jest o godzinie 7.00. Zaraz po niej wszyscy mają się stawić na placu. Najpierw „Szef” zadaje nieskomplikowane pytania na spokojne rozbudzenie umysłu, np. „Jaki jest dzisiaj dzień?”. Dla oderwanych od szalonego tempa miejskiego życia obozowiczów, odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka prosta. Gdy umysł jako tako już funkcjonuje, pora na rozruszanie ciała. Do tego najlepsza jest oczywiście mała gimnastyka przy muzyce. Następnie dzieci mają obowiązek wyciągnąć z namiotów materace śpiwory i koce, aby się nieco przewietrzyły, a potem wszyscy biegną robić poranną toaletę. Gdy ciało zostało już odświeżone, czas zastanowić się nad tym, czy się wszystko dobrze czyni – na to przeznaczony jest czas apelu. Po nim – modlitwa poranna. Dalsze stałe punkty programu dnia to posiłki, sprzątanie namiotów (którego jakość ocenia specjalna komisja), katecheza, gry i zabawy, Msza św., a wszystko to przeplatane kąpielami. Dzień kończy się wieczornym apelem o godzinie 21.00, podczas którego wyznacza się na następny dzień dyżuru w kuchni i nocne warty (wartownicy czuwają cała dobę – bez względu na pogodę).


Przede wszystkim dobry przykład


Program obozu nie jest typowo religijny, ponieważ wiele dzieci na nim wypoczywających pochodzi z rodzin, w których ten aspekt życia jest mocno zaniedbany, podobnie zresztą jak i inne. – Gdybym serwował im program oazowy czy neokatechumenatu, być może dzieciaki chodziłyby na te zajęcia, ale obawiam się, że szybko by się zniechęciły, a nawet zbuntowały. One wielu spraw wiary po prostu nie rozumieją, bo nie zostały do nich przez odpowiednie wychowanie religijne stopniowo wprowadzone. Nie staram się więc im wiary programowo narzucać, ale pokazać podczas trwania obozu, jak to prawdziwe chrześcijańskie życie wygląda – tłumaczy ks. Mirosław.

Nie można jednak powiedzieć, że w programie dnia nie ma modlitwy, ponieważ jest – choć nieobowiązkowa. Jest modlitwa poranna i wieczorna, katechezy dla dzieci i młodzieży w grupach wiekowych. Dorośli również mają katechezę. Słuchają jej z ust ks. Mikulskiego – podczas prac kuchennych głównie przy czasochłonnym obieraniu ziemniaków, które wprawdzie angażuje ręce, ale nie umysł. Wreszcie jest Eucharystia, przeważnie o godzinie 17.00 lub 18.00.


Apel – jak rachunek sumienia


Ważnym punktem obozowego dnia jest apel – poranny i wieczorny. Podczas niego dokonuje się oceny tego, co się ważnego zdarzyło od czasu ostatniego apelu. Ksiądz ocenia wydarzenia dnia pod względem etycznym. Tłumaczy dzieciom, co według niego było złe, a co dobre. Chodzi mu o prawidłowe kształtowanie ich sumień. – Widzę, że dziś sumienia dzieci i młodzieży kształtuje się za pośrednictwem mediów. I niestety bardzo często robi się to w ten sposób, że zło nazywa się dobrem, a dobro złem – stąd takie pomieszanie w ich umysłach i duszach. Dziś istnieje wielka potrzeba kształtowania sumień w prawdzie. Dlatego gdy my oceniamy to, co robią nasi podopieczni, mówiąc im – to było złe, to dobre, a to mogło być lepiej zrobione, kiedy wskazujemy na postawy pozytywne, budujące, to jest pewna forma kazania, jednak o tyle bardziej skuteczna, iż odwołuje się do konkretnej sytuacji, w której to dziecko osobiście brało udział – mówi kapłan.


Wychowywać całego człowieka


Bardzo ważnym sposobem kształtowania młodych charakterów, jakie z powodzeniem stosuje podczas obozów ks. Mirosław Mikulski, jest również wychowanie poprzez zajęcia sportowe. Opracował on cały cykl imprez i rozgrywek hartujących ciało, a przez to i całą osobowość. Podczas pierwszego tygodnia obozu przeprowadzany jest dziesięciobój lekkoatletyczny, w którym dzieci startują w dziesięciu konkurencjach, w każdej kategorii wiekowej osobno. – Do uprawiania sportu przysposabiamy już nawet najmniejszych obozowiczów, nawet takich 2-, 3-letnich. Daję im na przykład do ręki taki specjalny mały dysk, wiadomo, że on nawet takim nie jest w stanie wykonać rzutu, ale już sam fakt, że miał dysk w dłoni, że go trochę podturlał, daje temu dziecku satysfakcję, i to zostaje w jego pamięci – mówi ks. Mirosław. Zwycięzcy zawodów otrzymują puchary, natomiast wszyscy ich uczestnicy małe upominki, tak żeby każdy podjęty sportowy wysiłek został nagrodzony.

Drugi tydzień obozu wypełniony jest turniejami gier zespołowych. Zawody, m.in. w koszykówce, piłce nożnej, siatkówce i unihoku, rozgrywane są w dwóch kategoriach wiekowych. Odbywają się również dwa turnieje indywidualne w ringo i badmintona. Trzeci tydzień nazwany został „indiańskim”, ponieważ w czasie jego trwania na indiańską modłę można zdobyć bohaterskie „imię” – jeśli się oczywiście pomyślnie przejdzie, w ciągu pięciu dni, pięć ciężkich prób. Zwieńczeniem tych zmagań z własną słabością jest uroczyste nadanie „imienia”. – Indianie mieli wspaniałe sposoby kształtujące szlachetne postawy – m.in. wytrzymałości, cierpliwości, wytrwałości – chwali indiańską mądrość wychowawczą ks. Mirosław. Próby milczenia, głodu, samotności, wody i cierpienia nie są łatwe do przejścia.


Kształtowanie charakteru


Obozowicze mieszkają głównie w namiotach. Ksiądz Mirosław mówi, że kilkutygodniowe życie w namiocie, hartuje młodych ludzi. Narażeni są bowiem na kaprysy pogody – deszcze, burze, upały czy silne wiatry. Wszystko to trzeba przetrzymać. Również wczesna pora wstawania, godzina 7.00, ma na celu wyrobienie w młodej osobowości samodyscypliny. – A są i tacy, którzy wstają podobnie jak ja o 5.00, i od razu idziemy kąpać się w zimnym jeziorze. Staram się raczej nie usuwać przed dziećmi trudności, niech same uczą się je pokonywać, bo życie na pewno trudności im nie oszczędzi i muszą być na to przygotowane. Dziś obserwujemy jakieś masowe zjawisko braku odporności młodych osób na trudne doświadczenia, jakie często niesie ze sobą życie. Młodzi w takich sytuacjach załamują się psychicznie, dochodzi do samobójstw, ucieczek w alkohol czy narkotyki. Żyję prawie siedemdziesiąt lat, z których większość poświęciłem pracy z dziećmi i młodzieżą, i naprawdę zauważam, że jest to coraz większy problem – mówi kapłan.


Tylko z ich pomocą


Jednym z najważniejszych „motorów”, które napędzają obozowe życie, jest pani Zofia Szuba. „Bez niej rzeczy wielkie, byłyby małymi” – mówi o niej „Szef”. Pani Zofia, której nadano wdzięczny pseudonim „Sarna”, już od lat 60. bardzo pomaga księdzu w przygotowaniu i prowadzeniu każdego obozu. To dzięki cioci Zosi, jak panią Zofię najczęściej nazywają uczestnicy obozu, wszystkie imprezy, przedstawienia i inne obozowe wydarzenia są perfekcyjnie przygotowane. Jeżeli ktoś czegoś potrzebuje, zaraz biegnie do cioci Zosi, bo ona doskonale wie, co, gdzie leży i jak zaradzić problemom. Pomimo tego, że nie należy do współczesnego pokolenia oswojonego z komputerami, komórkami i innymi cudami techniki, doskonale sobie z nimi radzi. Wyręcza w tej dziedzinie księdza, który powiada, że nie ma już siły, ani ochoty uczyć się obsługi elektronicznych nowinek – choć przyznaje, iż są one na obozie bardzo przydatne.

Rolę nie do przecenienia w przygotowaniu obozu spełnia szef logistyki obozowej Zbigniew Łodyga. Znaczną pomoc świadczą również pojedyncze osoby czy małżeństwa, które uczestniczyły w dawnych obozach jako dzieci, a teraz już jako osoby dorosłe pomagają w organizowaniu wakacji dla innych. Często małżeństwa te przyjeżdżają ze swoimi dziećmi. – Nie jest to tak, że oni podrzucają mi dzieci, a sami jadą na jakieś zagraniczne wczasy, tylko sami przyjeżdżają i są ze swoimi pociechami. Oni wiedzą, że jest wielu takich, którzy starają się zostawić dzieci na obozie. Trzeba jednak, by ktoś się nimi umiejętnie zajął. Takich właśnie dorosłych zawsze mi brakuje i bardzo ich potrzebuję.

Istnieje wielka potrzeba uczestnictwa w obozie małżeństw, rodzin, które chciałyby zająć się przez trzy tygodnie przydzielonym im dzieckiem z domu dziecka. Ono przez ten czas żyje w normalnej rodzinie, doznaje, może po raz pierwszy, rodzicielskiej miłości. Dlatego nasz obóz jest obozem rodzin, a nie koloniami dla dzieci – podkreśla ks. Mirosław Mikulski.

Adam Białous
drukuj