Stalinizm na Uniwersytecie Wrocławskim (cz. 2)

Prof. Jerzy Robert Nowak

Neostalinowscy cenzorzy triumfują na Uniwersytecie Wrocławskim. Nie tylko udało im się udaremnić odbycie ważnej naukowej konferencji z udziałem dziesięciu naukowców z kraju i z zagranicy, ale przeforsowali represyjną decyzję personalną. Rada Instytutu Studiów Międzynarodowych przegłosowała odwołanie z funkcji dyrektora Instytutu jednego z najwybitniejszych politologów wrocławskich prof. Tadeusza Marczaka. Poniósł on taką karę rzekomo za zaproszenie mnie do udziału w konferencji naukowej z referatem na temat obrazu polskiej historii w Rosji.

Z góry zawyrokowano o mnie – jak stwierdził rektor prof. dr hab. Marek Bojarski, że „kontrowersyjność tej osoby mogłaby właśnie doprowadzić do jakichś swego rodzaju niefortunnych zachowań ludzi”. Decyzja o usunięciu świetnego naukowca prof. T. Marczaka ze stanowiska tylko ze względu na zaproszenie „nieodpowiedniej” politycznie osoby cofa Uniwersytet Wrocławski do czasów stalinowskich, gdy uczelnia ta nosiła jeszcze miano głównego służalca Moskwy – Bolesława Bieruta. Po 1956 r. (może z wyjątkiem okresu pomarcowego 1968 r.) nie można było na szczęście spotkać takich przejawów dławienia wolności naukowej – tj. odwołania w ostatniej chwili przygotowywanej znaczącej konferencji naukowej z udziałem gości z zagranicy tylko z powodu jednej – traktowanej jako „nieprawomyślna” – osoby uczestniczącej w konferencji. Nie mówiąc o dodatkowej sankcji usunięcia ze stanowiska dyrektora Instytutu, zapraszającego na konferencję. Jak doszło do tej haniebnej decyzji nawrotu do praktyk stalinowskich na Uniwersytecie Wrocławskim? By to w pełni zrozumieć, trzeba się dużo więcej dowiedzieć o siłach występujących na Uniwersytecie Wrocławskim, różnych bardzo wpływowych lobby i grupach interesów wspierających się nawzajem: lobby germanofilskim, prożydowskim i antylustracyjnym. Postaram się skrótowo przedstawić je w tym tekście, ze szczególnie mocnym uwzględnieniem najniebezpieczniejszego lobby – germanofilów, które faktycznie stało za storpedowaniem konferencji. Bo ataki na mnie i mój rzekomy antysemityzm były faktycznie tylko zasłoną dymną, przesłaniającą faktyczne powody udaremnienia odbycia konferencji.


Pełzająca germanizacja Wrocławia


Do rangi swoistego symbolu urasta fakt, że wniosek o odwołanie patriotycznego polskiego dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych we Wrocławiu zgłosił pracujący w tymże Instytucie od 1 października bieżącego roku niemiecki korespondent w Warszawie, a teraz także profesor Klaus Bachmann. W opinii niektórych osób z Wrocławia, Bachmann rozpoczął parę miesięcy temu pracę we wrocławskim Instytucie z określonym brudnym celem – doprowadzenia do odsunięcia niewygodnego dla interesów niemieckich patriotycznego polskiego dyrektora Instytutu. Bezpośrednim powodem do odwołania konferencji naukowej w dniu 10 grudnia 2008 r. nie był zaś żaden rzekomy antysemityzm jednego z dziesięciu prelegentów, lecz obawa przed podjęciem na konferencji spraw obrazu dziejów polskich w Niemczech przez dwóch prelegentów. Przypomnę, że w konferencji mieli uczestniczyć dr Stefan Garsztecki z uniwersytetu w Bremie z tematem: „Polska i Polacy we współczesnej ‚polityce historycznej’ Niemiec” i red. Piotr Semka z „Rzeczpospolitej” z tekstem: „Uwagi o polityce historycznej współczesnych Niemiec”. Miejscowi wrocławscy germanofile obawiali się, iż teksty obu referatów będą odbiegały od tak mocno odgórnie popieranej Tuskowej polityki wybielania Niemiec i usypiania Polaków co do niemieckich intencji. Uznano to za tym groźniejsze, że tego typu wykłady i tego typu konferencja miała odbyć się w szczególnie drażliwym dla tuskowiczów momencie – w czasie największego komplementowania Niemiec za ich politykę wobec Polski. Akurat dzień przed planowaną konferencją – 9 grudnia 2008 r. – miało miejsce niesamowicie nagłaśniane spotkanie Tuska z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. W czasie tego spotkania premier posunął się do najbardziej ordynarnego kłamstwa, stwierdzając, że stosunki polsko-niemieckie są wręcz modelowe i mogą stanowić wzorzec dla całej Europy. „Modelowość” tych stosunków najlepiej ilustrują takie fakty, jak zabranianie dzieciom polskim w Niemczech mówienia po polsku i inne przejawy skrajnego dyskryminowania dwóch milionów Polaków w Niemczech, których nawet po dziś dzień nie uznaje się za mniejszość narodową, choć dużo mniejsza mniejszość niemiecka w Polsce jest wręcz uprzywilejowana (brak progu wyborczego). Dotąd nie zwrócono Polakom z Niemiec pokaźnego majątku w nieruchomościach, skonfiskowanego przez hitlerowców we wrześniu 1939 r., wraz z zamordowaniem wielu działaczy polonijnych. „Modelowość” stosunków polsko-niemieckich dobrze ilustruje, popierany dalej przez kanclerz Merkel, pomysł budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu kosztem Polski, gazociągu, który nawet obecny minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski nazwał w swoim czasie „drugim paktem Ribbentrop – Mołotow”. „Modelowość” stosunków polsko-niemieckich szczególnie mocno ilustruje maksymalne nasilenie roszczeniowych działań Eriki Steinbach, wyraźnie hołubionej przez kanclerz Merkel. Mówił o tym jakże wyraźnie w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika” dyrektor Instytutu Studiów Międzynarodowych Tadeusz Marczak, stwierdzając: „Wydaje mi się, że osoba prof. Nowaka posłużyła za pretekst do storpedowania całej konferencji. Proszę zwrócić uwagę, że zbiegło się to w czasie z ewidentnym triumfem Eriki Steinbach, bo jej inicjatywa, wypaczająca sens historii, uzyskała teraz rangę oficjalnego projektu rządowego, więc tam się buduje to centrum, a my nie możemy otworzyć ust w sprawach, które dotyczą naszego kraju”.

Nieprzypadkowo więc prof. Tadeusz Marczak, tak „krnąbrny” dyrektor bardzo ważnej polskiej palcówki naukowej we Wrocławiu, jest solą w oku różnych germanofilów. Dodatkowo szczególnie mocno rozjuszało ich przygotowywanie na przyszły rok przez zakład dyrektora Marczaka konferencji pod jakże wymownym tytułem: „Czy grożą nam nowe rugi pruskie. Niemieckie roszczenia majątkowe wobec Polski i Polaków”. Nic dziwnego, że ten płynący pod prąd naukowiec został odgórnie skazany na usunięcie i totalne zablokowanie jego inicjatyw naukowych, broniących polskich interesów narodowych. Chodziło o uderzenie w jedną z ostatnich redut polskości na Ziemiach Odzyskanych. Przypomnę, że już wiele lat temu radykalnie zmieniono charakter polskiego Instytutu Zachodniego, przez dziesięciolecia najważniejszej placówki badawczej promującej prawdę o trudnej historii stosunków polsko-niemieckich. Instytut ten został oddany w ręce skrajnej przedstawicielki „stronnictwa pruskiego” w Polsce – prof. Anny Wolff-Powęskiej, niezwykle nachalnie wybielającej postawę Niemiec wobec Polski kosztem jakiejkolwiek troski o prawdę. Najbardziej szokuje fakt, że zadanie wystartowania z atakiem na polskiego naukowca broniącego polskości powierzono niemieckiemu dziennikarzowi Klausowi Bachmannowi. Przecież w ten sposób prawdziwie odsłonili się organizatorzy całej nagonki na konferencję naukową w Instytucie. Niemiecki dziennikarz, znany z tendencyjności, jako pierwszy uderzył w patriotycznego polskiego dyrektora Instytutu, dodajmy – uderzył ze skrajnym cynizmem.

We Wrocławiu istnieje, niestety, klimat sprzyjający kolejnym triumfom germanofilii. Bachmann może liczyć na poparcie bardzo wpływowych grup interesów na uczelniach wrocławskich, bardzo mocno korzystających na związkach z Niemcami (wykłady, stypendia, dofinansowywanie książek etc.). A potem, no cóż, pan każe, sługa musi – głosi starodawne przysłowie. Zablokowanie konferencji naukowej i przeforsowanie usunięcia jej organizatora to tylko jeden z wielu etapów pełzającej, a ostatnio nawet galopującej germanizacji Wrocławia. W ciągu ostatnich lat znalazła ona wyraz m.in. w różnych przejawach zacierania śladów polskości, przy równoczesnym maksymalnym przywracaniu niemieckich nazw, nawet tych najbardziej niefortunnych, skandalicznych wręcz z polskiego punktu widzenia. Szczególnie jaskrawym przykładem pod tym względem było przemianowanie wielkiej hali widowiskowo-sportowej z Hali Ludowej na Halę Stulecia. Było to przywrócenie starej niemieckiej nazwy z 1913 r., gdy zbudowano tę halę w stulecie zwycięstwa wojsk pruskich w bitwie pod Lipskiem. Przypomnijmy, że wojska pruskie odniosły tam zwycięstwo nie tylko nad armią francuską, lecz również nad wspierającymi ją oddziałami polskimi, dowodzonymi przez bohaterskiego księcia Józefa Poniatowskiego, który zginął w czasie bitwy, tonąc w falach Elstery. Jak ocenić decyzję włodarzy miasta Wrocławia, którzy w ten sposób, godny najjaskrawszych przejawów masochizmu narodowego, zgodzili się na przywrócenie nazwy upamiętniającej triumf Niemców nad Polakami. Dodajmy, że w różnych częściach Wrocławia starannie odnawia się i pucuje pomniki na cześć niemieckich żołnierzy poległych w czasie pierwszej wojny światowej. Przecież ci żołnierze nie walczyli o wolność Polski, lecz w imię skrajnie imperialnych celów hohenzollernowskich Niemiec. Władze miejskie Wrocławia są od wielu lat jakoś dziwnie pobłażliwe wobec zacierania śladów zbrodniczej przeszłości Niemiec. Warto dodać, że parę lat temu władze Uniwersytetu Wrocławskiego gorąco poparły inicjatywę przyznania kanclerz Angeli Merkel doktoratu honoris causa na Politechnice Wrocławskiej.

Zadajmy tylko dwa pytania: Jakież to wielkie osiągnięcia naukowe ma Angela Merkel, osiągnięcia predysponujące ją do tytułu doktora honoris causa? I drugie pytanie: Czymże zasłużyła się pani Merkel dla Polski – czy konsekwentnym popieraniem gazociągu rosyjsko-niemieckiego na dnie Bałtyku, czy hołubieniem osławionej Eriki Steinbach?


Wojująca germańska tendencyjność Bachmanna


Warto dodać, że Klaus Bachmann, który tak niegodnie wystąpił z wnioskiem o usunięcie ze stanowiska zasłużonego polskiego naukowca, już wcześniej znany był z inicjatyw zmierzających do pełzającej germanizacji Wrocławia. Nader wymowny pod tym względem był jego pomysł, aby ściągnąć niemieckich żołnierzy do Wrocławia, zaprezentowany na łamach wrocławskiego wydania „Gazety Wyborczej” z 2 czerwca 2008 roku. W tekście Jerzego Sawki z „Wyborczej” można było przeczytać informację o propozycji Klausa Bachmanna, żebyśmy przeprowadzili unikalny na skalę światową eksperyment, czyli stworzyli polsko-niemiecką brygadę wojskową we Wrocławiu. Wysuwając argumenty za swą propozycją, Bachmann wyliczał korzyści, jakie to przyniesie Wrocławowi:

– ambitny projekt wypromuje miasto i przysporzy mu uznania w Europie,

– przybędzie inwestycji,

– wzrośnie siła nabywcza miasta,

– Polska znajdzie się w centrum europejskiej polityki bezpieczeństwa.

Argumentując na rzecz uczynienia właśnie Wrocławia centrum stacjonowania takiej wspólnej brygady polsko-niemieckiej, Bachmann akcentował – jako plus – to, że „ksenofobiczne i nacjonalistyczne ugrupowania są we Wrocławiu słabsze niż w wielu miastach niemieckich”.

Propozycja Bachmanna wywołała wiele gwałtownych sprzeciwów internautów, zabierających głos na portalu wrocławskiej „Gazety Wyborczej”.

Typowa pod tym względem była, wyrażona 2 czerwca 2008 r., opinia internauty – neuraxusa: „Tworzenie tego wojska nie ma najmniejszego sensu. Poza tym, sama propozycja jest totalnie nie do przyjęcia. Najpierw – wojsko – dobre zaplecze, a później Niemcy zaczną się sprowadzać, ostatecznie będą stanowić większość na Dolnym Śląsku. Na koniec wystarczy ogłosić niepodległość, tak jak to miało miejsce siłą rzeczy w Kosowie, a Polska siłą rzeczy będzie musiała ją uznać. Następnie aneksja Dolnego Śląska do Niemiec i po Wrocławiu, ehhh”.

Inny internauta – nodobo – pytał: „Po co nam niemieccy żołnierze? Mało ich mieliśmy w historii naszego kraju u siebie? Małymi kroczkami będziemy sprowadzać żołnierzy z rodzinami, potem innych osadników z Niemiec, aż w końcu Wrocław stanie się Breslau?”.

Przypomnijmy, że zręcznie kreujący się na przyjaciela Polski i Polaków, rzecznika „prawdziwego dialogu” polsko-niemieckiego Bachmann w rzeczywistości ciągle sączy w publikacjach w języku polskim wywody zmierzające do wywoływania u Polaków kompleksu winy wobec Niemców. Było to już szczególnie widoczne w wydanej w 1997 r. przez krakowski „Znak” ponad 300-stronicowej książce „Przeprosić za wypędzenie? O wysiedleniu Niemców po II wojnie światowej”. (Bachmann był jednym z dwóch współautorów wyboru tekstów zawartych w tej publikacji). Książka „Przeprosić za wypędzenie?” była niezwykle tendencyjnym wyborem tekstów starających się maksymalnie nagłośnić domniemane winy strony polskiej, przy równoczesnym starannym przycinaniu tekstów, z których można by się dowiedzieć dużo więcej o prawdziwych niemieckich zbrodniach wobec Polski, i oczywiście przy pominięciu wielu szczególnie ważnych materiałów źródłowych na ten temat.


Uhonorowani przez „czerwony uniwersytet”


Storpedowanie tak ważnej naukowej konferencji i sankcje wobec dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych prof. dr. hab. Tadeusza Marczaka są jaskrawym dowodem tego, jak silnie utrzymują się na tej uczelni lewackie tendencje z czasów, gdy nosiła miano sowieckiego agenta komunistycznego Bolesława Bieruta. Widać wyraźnie, jakie są skutki nieprzeprowadzenia w odpowiednim czasie gruntownej lustracji pracowników naukowych ze wszystkich dziedzin wykładanych na tej uczelni. Nieprzypadkowo chyba ta właśnie uczelnia szokowała gwałtownym tonem publicznych wystąpień tamtejszego lobby antylustracyjnego, na czele z dziekanem Wydziału Biologii Wiesławem Fołtynowiczem, gromko krzyczącym: „Lustracja to złamane sumienie”. Tylko fatalnymi skutkami polityki „grubej kreski” można wytłumaczyć fakt, że byli partyjniacy, tacy jak Wojciech Wrzesiński (19 lat w PZPR), pozwalają sobie na publiczne, iście inkwizytorskie, potępieńcze wyrokowanie na temat ludzi, którzy cały czas walczą o prawdę w obronie Polski. Gdzie był pan Wrzesiński, tak wpływowy prezes Polskiego Towarzystwa Historycznego (przez 6 lat), gdy trzeba było otwarcie przeciwstawić się hochsztaplerskim, polakożerczym wystąpieniom Grossa? Wtedy milczał, nie stać go było na odwagę głoszenia prawdy o Polsce, bronienia Polski. Stać go tylko na usłużne wykrzykiwanie – w stadzie podobnych do niego konformistycznych naukowców, którzy najczęściej są też byłymi PZPR-owcami – potępień przeciw osobom ciągle stanowczo broniącym Polski. Gdzież jest choćby cień prawdziwego patriotyzmu u tego byłego rektora Uniwersytetu Wrocławskiego?

Jakie osoby znajdowały się i na pewno do dziś znajdują się w najbardziej wpływowych gremiach czerwonego Uniwersytetu Wrocławskiego, najlepiej świadczy „polityka” przyznawania przez nich doktoratów honoris causa. Jak zdołałem obejrzeć w internecie, po 1989 roku na Uniwersytecie Wrocławskim uhonorowano tą tak wysoką godnością trzech historyków: dwóch z Polski – prof. Jana Baszkiewicza i prof. Henryka Samsonowicza, oraz jednego z zagranicy – prof. Daniela Beauvois. Przypomnijmy więc, że prof. Jan Baszkiewicz należał do najgłośniejszych zwolenników generała W. Jaruzelskiego w stanie wojennym i później. Wszedł również do osławionej Rady Konsultacyjnej przy Jaruzelskim. Korespondowała z tym jakże mocno jego „twórczość” historyczna – skrajne uwielbienie dla ludobójczego terroru XVIII-wiecznej rewolucji francuskiej, na czele z jej głównym katem i szaleńcem zarazem, Maksymilianem Robespierre’em. Zbyt dobrze pamiętam, jak niegodnie Jan Baszkiewicz z prawdziwą furią zaatakował książkę niemogącego się bronić, bo już nieżyjącego Pawła Jasienicy o wojnie domowej we Francji – sprzeciwił się tej napaści m.in. Stefan Bratkowski. W jednym z tomów „Trzech na jednego”, czyli rozmów krakowskiego „Zdania”, jest zapis rozmowy, przeprowadzonej przez trzech redaktorów tego miesięcznika z J. Baszkiewiczem. Jako jeden z rozmówców Baszkiewicza bardzo ostro już wtedy krytykowałem jego obronę Robespierre’a i francuskiego terroru „rewolucyjnego”, który doprowadził m.in. do śmierci blisko 500 tysięcy wieśniaków – katolików walczących w obronie wiary. Baszkiewicz niczego się nie nauczył jednak z historii ostatnich dziesięcioleci. Już po 1989 roku wyrażał ubolewanie, że nazwiska jego ukochanego Robespierre’a (prekursor nowoczesnego ludobójstwa) nie umieszczono w żadnej nazwie ulicy w centrum Paryża. I taki naukowiec, wielbiciel francuskiego ludobójcy, został uhonorowany w wolnej Polsce tytułem doktora honoris causa przez Uniwersytet Wrocławski.

Inny polski historyk, wyróżniony doktoratem honoris causa przez Uniwersytet Wrocławski, prof. Henryk Samsonowicz, był przez parę dziesięcioleci członkiem PZPR, a pewien czas nawet pierwszym sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR na Uniwersytecie Warszawskim. To wszystko dziwnie wyleciało z jego biogramu w kolejnych wydaniach „Kto jest kim w Polsce”. A szkoda. Jak bowiem opowiadał mi w 1989 r. Stanisław Gomułka, właśnie Samsonowicz, od 1989 r. minister w rządzie Mazowieckiego, jako pierwszy sekretarz KU PZPR wyrzucił z partii: późniejszego swego kolegę – ministra w rządzie Mazowieckiego Jacka Kuronia, późniejszego senatora OKP Karola Modzelewskiego i późniejszego wiceministra finansów w rządzie Tuska – Stanisława Gomułkę. Na tym tle chyba nie dziwi, że jako szef resortu edukacji narodowej w rządzie T. Mazowieckiego minister Henryk Samsonowicz konsekwentnie stosował politykę pobłażania i wybaczania dla ludzi ze starej nomenklatury. Swą postawę w tym względzie najlepiej wyraził w wywiadzie, udzielonym Ewie Wilk z „Tygodnika Solidarność” 5 stycznia 1990 r., mówiąc: „(…) Kuratoria nadeślą (…) wykazy osób, które zostały skrzywdzone. Ta druga sprawa nie jest prosta, bo ludzie skrzywdzeni zostali w dwóch wymiarach. Pierwszy nie budzi wątpliwości. Chodzi o tych, którzy zostali usunięci z pracy, bo trzymali na biurkach portrety Piłsudskiego albo papieża. Druga kategoria skrzywdzonych to ci, którzy zostali skrzywdzeni zgodnie z obowiązującym wówczas prawem. I tu zaczyna się pewien problem nie tylko moralny, pewien sprawdzian nowego myślenia (…)”. W odpowiedzi na uwagę E. Wilk: „To rzeczywiście trudne zadanie, bo wymagające pokajania się tych, którzy z pracy wyrzucali”. Profesor H. Samsonowicz odpowiedział: „Niezupełnie, kadra bowiem w ciągu ostatnich lat znacznie się zmieniła. Poza tym jeden nawrócony grzesznik jest więcej wart od stu wierzących, byleby naprawdę był nawrócony (…)” (podkr. – J.R.N.).

Pijesz do siebie, brachu – pomyślałem, czytając ten wywiad Samsonowicza, będąc już dzięki zwierzeniom S. Gomułki świadom roli H. Samsonowicza w wyrzuceniu krnąbrnych członków partii.

Na marginesie przypomnień roli tych dawnych PZPR-owskich historyków chciałbym uroczyście zobowiązać się do napisania w przyszłości jeszcze jednej, jakże potrzebnej książki „Hańba domowa historyków”. Konieczność podjęcia się takiej pracy nasunęła mi się po obecnych atakach W. Wrzesińskiego i po stylu, w jakim doprowadzono do usunięcia prof. T. Marczaka ze stanowiska dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Cóż, jak słusznie mówił w swoim czasie ks. bp Ignacy Dec: „Upiór Bieruta wciąż krąży nad Uniwersytetem Wrocławskim”.

O trzecim historyku, uhonorowanym przez Uniwersytet Wrocławski tytułem doktora honoris causa – prof. Danielu Beauvois, pisałem już bardzo dużo na łamach „Naszego Dziennika”. Warto jednak zastanowić się, jak to się stało, że we Wrocławiu, mieście zamieszkałym przez tak wielu Kresowiaków, którzy cudem uratowali życie, uciekając przed nożami ludobójców ukraińskich, nagrodzono doktoratem honoris causa historyka, który konsekwentnie oczernia dzieje Polaków na Ukrainie. Wyróżniono historyka, który zrównując polskie ofiary z ukraińskimi katami, pisał, że w 1943 roku na Wołyniu doszło do „dzikich konfrontacji między Polakami a Ukraińcami”. Przypomnę, że w książce „La Pologne” (Paryż, 2004, s. 305) potępiał polskich nacjonalistów, którzy krytykowali oddanie „ziem ukraińskich” Ukrainie w ramach pokoju brzeskiego. Przypomnę, że według Beauvois rzekomo ukraińskie ziemie, przeciw oddaniu których protestowali Polacy, to Chełmszczyzna, Biłgorajskie i Zamojszczyzna. I oto tak tendencyjnie antypolskiego w obrazie dziejów Polaków na Kresach historyka wyróżniono doktoratem honoris causa w miejscu, gdzie żyje największa liczba polskich patriotów z dawnych Kresów.

Brak miejsca nie pozwala mi na zajęcie się tu skrajnie filosemickim lobby, które zadecydowało we Wrocławiu m.in. o wyróżnieniu doktoratem honoris causa Szewacha Weissa, skrajnie obłudnego w sprawach stosunków polsko-żydowskich (opisał to pięknie już przed laty Antoni Zambrowski na swojej stronie internetowej). Wspomnę tu też tylko jednym zdaniem o nader niegodnym zachowaniu profesor Uniwersytetu Wrocławskiego Aleksandry Kubicz w czasie tzw. panelu polsko-żydowskiego na ratuszu we Wrocławiu jesienią 2001 roku. Po faktycznym zerwaniu tego spotkania przez bojących się moich argumentów panelistów: Dawida Warszawskiego i ks. Michała Czajkowskiego, Kubicz w ordynarny i nielojalny sposób wystąpiła w rozmowie z „Wyborczą” przeciwko mnie, a po stronie – dziś wiemy, agenta UB i SB przez 25 lat – ks. Michała Czajkowskiego. (Szerzej opisałem to w tomiku „Jak minął miesiąc”, Warszawa 2001, s. 18-20).

Ze smutkiem pisałem te słowa o niegodnych zachowaniach luminarzy Uniwersytetu Wrocławskiego. Ze smutkiem, bo ogromnie ciepło wspominam ponad 15 spotkań z wrocławianami, choćby te ostatnie (dwa razy po tysiąc osób) w czasie kampanii antygrossowej w 2008 roku. Szczególnie gorąco wspominam również jakże wzruszające spotkania ze słuchaczami na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu za czasów, gdy kierował nim tak wspaniały duchowny, dzisiejszy biskup świdnicki Ignacy Dec. Osobno dziękuję na koniec tego tekstu tym wrocławianom, którzy jako pierwsi wyrazili solidarność w obliczu nagonki wrocławskiej „Gazety Wyborczej” i wspierających ją profesorów – cenzorów. Imiennie dziękuję osobom tak znanym z gorącego patriotyzmu, jak były wicemarszałek Sejmu Janusz Dobrosz, autor książek „Polska – Niemcy. Trudne sąsiedztwo” i „Zniewolenie Polski”, prezes stowarzyszenia „Pro Cultura Catholica” – ks. Stanisław Pawlaczek, prof. Wacław Leszczyński, prezes stowarzyszenia „Spotkanie i Dialog” Lech Stefan, dr Maria Dąbrowska, dr Jan Koziar, prezes stowarzyszenia Związek Dolnośląski Adam Maksymowicz, dr Danuta Leszczyńska, naczelny redaktor „Wrocławskiej Gazety Polskiej” Antoni Lenkiewicz, prezes wydawnictwa „Nortom” Norbert Tomczyk, dr inż. Hanna Bassara, mgr inż. Krystyna Petrus, mgr Anna Jatczyk, mgr Krzysztof Boerner, dr Ewa Boerner, Marian Jakubiszyn z organizacji „Polskie Gniazdo”.

drukuj