Rząd wygenerował zagrożenie dla stoczni

Z Januszem Śniadkiem, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, rozmawia Jacek Dytkowski

Dziś kilkadziesiąt tysięcy związkowców ma wyjść na ulice Warszawy. Skąd taka mobilizacja?

– Ta manifestacja jest silnym akcentem w rozpoczętej przez związek kampanii pod hasłem: „Godna praca, godna emerytura”. Upominamy się o to, na co wskazywał Jan Paweł II, jako na naszą główną misję. Ojciec Święty mówił, że nigdzie, gdzie ludzie potrzebują pomocy w obronie swojej godności, nie może zabraknąć solidarności. Upominamy się więc o naszą godność.


Co się w praktyce mieści w hasłach: „Godna praca, godna emerytura”?


– Cała lista dużo konkretniejszych postulatów. Przede wszystkim chodzi o systematyczny wzrost płac dla wszystkich pracowników. Podkreślam to, ponieważ ten istotny wzrost płac, który obserwujemy w Polsce, nie dotyczy wszystkich. Są grupy zawodowe korzystające z niego w stopniu istotnym, ale są niestety też i takie, których on nie dotyczy. Stąd te różne protesty branżowe korzystających na wzroście płac w stopniu niewielkim. Również badania pokazują, że przeszło dwie trzecie pracowników zarabia poniżej średniej krajowej. Oczywiście zawsze jest tak, iż pewna część osób plasuje się powyżej, a inni poniżej, ale u nas jednak jest relatywnie duży odsetek mniejszych uposażeń od tej średniej. Świadczy to o dużym rozwarstwieniu płac. Stosunkowo duży odsetek Polaków mieści się również w przedziale osiągających niewielkie wynagrodzenie ponad płacę minimalną. Wskazuję więc na te elementy pokazujące rozwarstwienie ludzi.


Czego zatem domaga się „Solidarność”?


– Pierwszy nasz postulat, jak już wspomniałem, dotyczy systematycznego wzrostu płac dla wszystkich, rekompensującego wzrost kosztów utrzymania. Kolejny postulat zakłada podwyższenie płacy minimalnej do 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Przypomnę, że udało się obronić w tym roku poziom 40 proc., ponieważ początkowo propozycja rządu sprowadzała się do faktycznego jej obniżenia. Owszem, był pewien wzrost nominalny, ale w kwotach realnych oznaczało to spadek wartości nawet poniżej 38 procent. Udało się nam obronić wynagrodzenia minimalne na poziomie 40 proc. płacy średniej. Dalej, bronimy uprawnienia – nie przywileju – do obniżonego wieku emerytalnego dla osób pracujących w warunkach szczególnych, podkreślając, że w tym systemie kapitałowym emerytur, który powoli wchodzi w życie, również to uprawnienie będzie tworzyło ogromny przymus ekonomiczny, ponieważ faktyczny wymiar emerytur będzie niższy. Bronimy tego uprawnienia i domagamy się pozostawienia pracownikowi wyboru korzystania z niego lub nie. Kolejny postulat dotyczy przestrzegania pracy w ogóle, w szczególności prawa pracowników do zrzeszania się, bo dzisiaj to konstytucyjne prawo pracowników jest często kwestionowane, próbuje się wyrzucać z pracy ludzi, którzy tworzą związki w niektórych firmach. Ostatni doniosły postulat, niesłychanie ważny, to jest rzeczywisty, a nie pozorowany dialog społeczny. Dzisiaj mamy bowiem bardziej do czynienia z pewnymi zabiegami pijarowskimi, medialnymi, pozorowaniem dialogu, udawaniem, a nie z rzeczywistym dialogiem.


Właśnie, jak Pan ocenia dotychczasowe rozmowy „Solidarności” ze stroną rządową?


– To dotyczy nie tylko „Solidarności”, ale w ogóle postulatów strony pracowniczej, ponieważ są one w dużym stopniu zbieżne i podobne. Chociaż nie zawsze – tutaj ma pan rację, że z różnym natężeniem i powagą stawiamy te sprawy. Charakterystyczny był rok poprzedni. Sądzę, że te uzyski czy dowody satysfakcji są niewiele większe niż bywały poprzednio. Mogę wręcz powiedzieć, że z punktu widzenia związku porozumienie z sierpnia sprzed roku – owszem, też zawarte w bojach, pod groźbą protestów ogólnokrajowych – uzyskane z Prawem i Sprawiedliwością, a dotyczące podniesienia płacy minimalnej, bardzo istotnej, czy przedłużenia o rok status quo jeśli chodzi o emerytury, wywołało straszne ataki na „Solidarność”, oskarżenia i zarzuty. Tymczasem okazało się, że żadnej katastrofy nie było, dramat zwiększenia bezrobocia nie wystąpił – przeciwnie, płacę minimalną na tym poziomie udaje się utrzymywać, walczymy o jej dalsze podwyższenie.


Ale teraz władzę sprawuje Platforma Obywatelska…


– W przypadku obecnego rządu mogę powiedzieć, żartując i parafrazując z dużą satysfakcją tych wszystkich, którzy mówią o swoich rozczarowaniach Platformą, a chciałbym, żeby tak było dalej, że jest on jak na razie „rządem niespełnionych obaw”. Dotyczy to jednak tych obszarów, z którymi się one wiązały. Natomiast trzeba mieć na uwadze również ogromne zagrożenie dla przemysłu okrętowego w obecnej sytuacji, które zostało wygenerowane. Mam nadzieję, iż tylko przez niekompetencję – nie chcę tu dopuszczać myśli o złej woli czy jakichś ukrytych intencjach środowisk Ministerstwa Skarbu Państwa, które odpowiadają za negocjacje z potencjalnymi inwestorami i za spełnienie warunków, które stawia Unia Europejska. W każdym razie to zagrożenie jest ogromne, najbliższe dni będą rozstrzygające dla funkcjonowania tego przemysłu. Również w paru innych obszarach poziom niekompetencji tego rządu jest zatrważający. Chociażby służba zdrowia i oświata – wielkie branże zupełnie fundamentalne dla funkcjonowania jakości życia, rozwoju Polski i całego społeczeństwa. To moje stwierdzenie o „rządzie niespełnionych obaw” jest więc tak naprawdę barwnym humorem, podczas gdy obawy dotyczące funkcjonowania służby zdrowia czy oświaty są niesłychane i realne. A one niestety nie rokują na jakościową zmianę lub poprawę tego, co się dzieje w tych dziedzinach.


Dziękuję za rozmowę.

drukuj