Rząd według Lutosławskiego

Profesor Wincenty Lutosławski (1863-1954), filozof, mesjanista,
publicysta, działacz narodowy, do swojej książki zatytułowanej „Jak rośnie
dobrobyt” dopisał w Wilnie w roku 1926 specjalny rozdział o „tajemnicy
powszechnego dobrobytu”. Twierdził w nim, że powszechny w Polsce dobrobyt jest
możliwy do osiągnięcia w ciągu kilku pokoleń, jeżeli większość obywateli
zrozumie pewne prawdy, które dziś z „bezczelną śmiałością” tłumione są przez
„współczesnych demagogów, liberałów, radykałów, socjalistów i bolszewików”.
Warunki te, zdaniem Wincentego Lutosławskiego, to: dobry i trwały rząd, potęga
państwa zabezpieczająca trwały pokój, sprawność sądownictwa i policji
(szczególnie w zabezpieczaniu życia i mienia), stała waluta, wysoki poziom szkół
i wychowania publicznego, bezwzględna wolność pracy i twórczości.

W felietonie jest tylko miejsce na bardzo krótki opis pierwszego z
warunków. I niech nie przeszkadza nam świadomość dziejowych dramatów, jakich
doświadczyła przez ten czas Polska, gdyż myśl Platońska, której wierny był
Lutosławski, i dziś ma swoich gorących zwolenników, stąd bynajmniej
spostrzeżenia profesora nie są anachroniczne. Brzmią one nawet współcześnie, a
już szczególnie miłe są dla ucha, gdy przychodzi nam oceniać poziom współczesnej
debaty politycznej.
Źródłem niekompetencji rządu jest dla Lutosławskiego Sejm
„wybrany przez głosowanie powszechne nieuków, zwodzonych przez interesownych
demagogów”. W ustroju parlamentarnym przejętym „żywcem od Francuzów” uznano
fałszywą zasadę, że prawa polityczne daje sam fakt urodzenia, bez żadnej
zasługi, bez żadnych kwalifikacji moralnych ani umysłowych – pisze Lutosławski.
Zdziwiłby się, gdyby poznał pomysły niektórych współczesnych polskich kobiet
domagających się „parytetu”, czyli specjalnego mechanizmu politycznego
zapewniającego im przywilej uczestniczenia w rządzeniu ze względu na… płeć. A
jak by odebrał postulat Platformy Obywatelskiej o obniżeniu wieku wyborczego do
16 lat, kiedy uważał, że wyborcą politycznym może być tylko osoba, od której
można wymagać „pewnych wysokich kwalifikacji umysłowych i politycznych”. W tym
zamyśle Platformy szło oczywiście o uzyskanie korzystniejszego wyniku
wyborczego, przed czym przestrzegał już 80 lat temu Wincenty Lutosławski. Pisał
mianowicie, że jeśli prawa polityczne przyznamy wszystkim, to „nieuchronnie
takie powszechne głosowanie staje się fikcją, gdyż przeważnie nieoświeceni
wyborcy zbyt łatwo nabyte swoje prawa sprzedają tanio, bądź za pieniądze, bądź
za nieziszczalne obietnice”. (Pamiętamy, jak głosy wyborców zdobywała Renata
Beger, a co obiecywał w kampanii Donald Tusk). A kiedy już złapani obietnicami
wyborcy zagłosują, to – znowu zaglądam do tekstu Lutosławskiego – „…do sejmu
dostają się ludzie ambitni, chciwi, kłamliwi, nie mający żadnego wyobrażenia o
potrzebach państwa”.
Postulat posiadania przez wyborców kwalifikacji
moralnych i umysłowych w stosunku do aspirujących do władzy polityków nabiera u
Lutosławskiego jeszcze większego znaczenia. Jak to uzasadnia? Pisze: „Izba
złożona z kilkuset posłów jest niedorzecznością i dobrze obradować nie może,
przede wszystkim dlatego, że w żadnym kraju tylu ludzi mądrych i zacnych,
znających się na polityce narodowej nie ma”. W tym momencie Wincenty Lutosławski
okazał się bardziej postępowy czy może radykalniejszy od Platformy
Obywatelskiej, która wyszła ostatnio z pomysłem ograniczenia liczby posłów z 460
do 300, a senatorów ze 100 do 49. Otóż Lutosławski uważał, że liczbą w pełni
wystarczającą byłoby 3 posłów na 1 milion obywateli, czyli dziś 114 posłów na 38
milionów Polaków, jeżeli oczywiście „sejm ma być ciałem poważnem, sprawnem i
budzącym zaufanie narodu”.
Jaka jeszcze myśl profesora Lutosławskiego
zachowuje dziś swoją nadzwyczajną aktualność? Taka mianowicie, jaką wyrażają
środowiska reprezentowane przez współczesnych nam dwóch profesorów: Mirosława
Dakowskiego i Jerzego Przystawy, postulujących od lat wprowadzenie
jednomandatowych okręgów wyborczych. Chodzi o to, aby każdy, kto wybiera,
wybierał osobę, a nie listę. A tak to barwnie uzasadniał Lutosławski: „Wybory z
listy są wymysłem demagogii społeczeństw o daleko wyższym poziomie organizacji i
oświaty, niż nasze i dla nas są zgubne, bo ułatwiają warchołom zdobycie
władzy”.
Jeszcze większe znacznie przywiązywał Lutosławski do organizacji
rządu. Postulował znaczne ograniczenie liczby ministerstw i funkcji rządu na
rzecz społecznych i niezależnych od państwa organizacji. Jako najważniejsze
pozostać miały: ministerstwo sprawiedliwości, spraw zagranicznych, spraw
wojskowych i spraw wewnętrznych oraz skarbu. Tylko pięć powiększonych
ewentualnie o ministerstwo komunikacji i oświaty. Ale widać, że Lutosławski nie
był do tego pomysłu zbyt przekonany, szczególnie jeśli chodzi o oświatę. Pisał:
„Szkoły nie zyskają na tem, że zależą od rządu państwowego, a daleko korzystniej
byłoby je uniezależnić i oprzeć ich byt na ofiarności społecznej. Ogromne i
bogate uniwersytety amerykańskie są przeważnie takiemi instytucjami
niezależnymi, a im więcej jest w państwie potężnych instytucji od państwa
niezależnych, tem większą gwarancję mają obywatele wobec zawsze możliwych
nadużyć państwowych”. Co charakterystyczne, Lutosławski uważał, że takie
ministerstwa jak: pracy, opieki społecznej, rolnictwa, handlu i przemysłu, są
„nie tylko zbyteczne, ale nawet bardzo szkodliwe”.
I tu profesor chyba znowu
miał rację. Gdyby tak było, jak napisał, nie mielibyśmy afery rywinowskiej,
gruntowej, hazardowej, przetargowej, stoczniowej i wielu innych.
Przywołałem
ledwie kilka myśli zapomnianego dziś wielkiego Polaka prof. Wincentego
Lutosławskiego, myśli oryginalnych, polskich i nadal aktualnych. Tak jak nadal
aktualne jest oczekiwanie Polaków na dobry i trwały rząd.

Wojciech Reszczyński

drukuj