Niech cię Pan błogosławi i strzeże

Każdy początek niesie w sobie wiele obaw i nadziei. Trudno powiedzieć, które wydają się silniejsze na progu nowego roku w naszej biednej, polskiej rzeczywistości, coraz bardziej skontrastowanej na obszary bogactwa i pogłębiającego się ciągle ubóstwa. Kończy się jeden rok, zaczyna kolejny, czas nieubłaganie znaczy twarz kolejną zmarszczką, srebrzy się siwy włos, przypominając wszystkim, że w ludzki los wpisane jest przemijanie. Nie sposób od niego uciec.

A skoro tak się dzieje, ważne jest, aby odnaleźć sens i kierunek nieustannego pantha rei, odkryć punkt zaczepienia zmienności, odnaleźć stałość, w świetle której życie i śmierć, cierpienie i radość, porażki i zwycięstwa nabiorą wartości. Wpisać je w ciąg zmienności tak, aby nie stały się absurdem, w myśl którego poza granicą śmierci nie ma już nic…

W centrum dzisiejszej Liturgii Słowa stoi błogosławieństwo. Bóg przez Mojżesza przekazuje Aaronowi nakaz, by błogosławił powierzony sobie lud. Podaje nawet jego formułę: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem”. Warunkiem uzyskania przychylności jest zwrócenie się do Stwórcy, przywołanie imienia Tego, który wszystko może. Dobra, jakie można w ten sposób otrzymać, mają wymiar duchowy: to Boża opieka, łaska, miłość, pokój – są ważniejsze niż bogactwo, władza, panowanie. One warunkują ludzkie szczęście.

Kwintesencją błogosławieństwa, jakim Stwórca obdarzył świat, jest „pełnia czasu”, kiedy to „zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Znakiem Bożego synostwa jest wolność, w duchu której możemy zwracać się do Niego bezpośrednio: Ojcze. W czasach Starego Przymierza było to nie do pomyślenia! Więcej, użyte przez św. Pawła wyrażenie „Abba” określa tę relację w sposób jeszcze bardziej intymny, osobisty. Można je przetłumaczyć jako „Tata”, „Tatuś”. Wolność ta czyni nas dziedzicami dóbr nieprzemijających. Dobrze odczytali znak błogosławieństwa pasterze, którzy wracali z Betlejem, „wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane”. Czy my jesteśmy w stanie w analogiczny sposób dostrzegać dzieła Boga w świecie, Jego miłość i zatroskanie o los człowieka? Czy tak właśnie rozumiemy wolność?

Wydaje się, że problemem naszej religijności jest niezdolność do dziękczynienia Stwórcy. Ciągle o coś prosimy! Czujemy się spętani celami, jakie sobie stawiamy – one deprymują nas, krępują więzami, które można nazwać kilkoma prostymi słowami: „dalej”, „więcej”, „dostatniej”, „intensywniej”. Jeśli zdobywamy się na akt dziękczynienia, zwykle dotyczy on bardzo wymiernej rzeczywistości: powodzenia, zdrowia, wypełnienia się naszych ludzkich planów. Za mało jest w nas wdzięczności Bogu za to, że On po prostu jest. Zbyt dużo w nas narzekania, roszczeń, zbyt wiele zgubnej wiary we własne możliwości – za mało zaufania w Opatrzność. Dlatego czujemy się zniewoleni, zmęczeni, uzależnieni od tylu spraw. Tak jakby nie było Bożego Narodzenia. Słowa przekazane Aaronowi się nie zdezaktualizowały. Trzeba tylko uwierzyć, że „gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na swoim miejscu”. Jakże bardzo trzeba nam powrotu do tej prawdy…


ks. Paweł Siedlanowski
drukuj