Najmłodsi więźniowie polityczni

Młodzież podejmowała w stanie wojennym walkę w obronie prawdy, wolności,
wiary, a przede wszystkim sponiewieranej przez komunistyczne rządy godności.
Wówczas było to pokolenie dla "komuny" stracone. Czy coś jeszcze pozostało w nas
z tamtych dni?

Więźniowie polityczni stanu wojennego to temat nie do końca przebadany i
opracowany, brakuje nawet dokładnych statystyk. W przeciwieństwie do
internowanych są marginalizowani w mediach i najczęściej nie mówi się o nich
wcale. W ubiegłym roku TVP wyemitowała program "Kobiety stanu wojennego", w
którym całkowicie pominięte zostały więźniarki polityczne. Co więcej, nawet nie
wspomniano, że takie były. Ten sam problem dotyczy młodocianych więźniów
politycznych tego okresu. Młodzież stanowiła znaczny procent więźniów stanu
wojennego – tylko wobec tych, którzy nie ukończyli dwudziestego pierwszego roku
życia, czyli tzw. małolatów, prowadzono ponad siedemset postępowań. Młodociani,
którzy w momencie "popełnienia przestępstwa" ukończyli siedemnasty rok życia,
sądzeni byli jak dorośli, czyli w trybie doraźnym, w którym zapadały wyroki od
trzech lat więzienia wzwyż, a w przypadku zdjęcia trybu doraźnego – na kilka lub
kilkanaście miesięcy pozbawienia wolności. Nawet ci, którzy otrzymywali wyroki w
zawieszeniu lub wobec których sąd orzekał środki dozoru, przed zakończeniem
śledztwa, które zazwyczaj trwało od jednego do trzech miesięcy, najczęściej
przetrzymywani byli w aresztach śledczych.

"Na Długim Targu chłopiec rozrzuca ulotki"

W poufnej informacji Prezydium Komisji Bezpieczeństwa KW PZPR w Gdańsku z maja
1982 r. wymieniono jako szczególnie niebezpieczne osiem "ujawnionych i
zlikwidowanych konspiracyjnych organizacji politycznych, zajmujących się
działalnością antypaństwową". Cztery spośród nich założone były przez młodzież:
Ruch Oporu Młodych, Studencki Komitet Solidarności, Młodzieżowa Armia Powstańcza
z Gdyni i pięcioosobowa grupa uczniów z Gdyni. Takie organizacje powstawały w
całej Polsce, np. Młodzieżowy Ruch Oporu w Gorzowie, Front Demokratyczny w
Koszalinie – niemal w każdym mieście młodzież organizowała grupy oporu, których
celem było nie tylko wyrażenie sprzeciwu wobec władzy i ustroju, ale także
samokształcenie oraz kształtowanie przyszłości. W Bytomiu Ruch Młodzieży
Niepodległej organizował dla swoich członków (około 15 licealistów) wykłady z
historii Polski, a cele, które skupieni w nim młodzi ludzie sobie postawili,
daleko wybiegały poza walkę bieżącą: "Pomoc internowanym, aresztowanym,
więzionym za przekonania i ich rodzinom; dążenie do zniesienia stanu wojennego;
obronę praw człowieka w naszym kraju; obronę praw wspólnoty narodowej; bronić
kultury polskiej przed niewoleniem, upadkiem i sowietyzacją; rozwijać myśl i
program polityczny odpowiadający aspiracjom młodzieży polskiej". Większość
młodzieżowych organizacji miała charakter jednoznacznie antykomunistyczny, jak
np. założona przez siedemnastolatków Solidarnościowa Antykomunistyczna
Organizacja Podziemna.
Młodzież zajmowała się głównie kolportażem ulotek oraz prasy podziemnej, drukiem
nielegalnych wydawnictw, rozrzucaniem ulotek, pisaniem antyreżimowych i
antykomunistycznych napisów na murach. W dziennych meldunkach kierowanych do KW
PZPR w Gdańsku znajdujemy zapis: "Na Długim Targu rozrzucono dużo ulotek.
Chłopiec rozrzucał – przechodnie zbierali je".
Nie wszędzie jednak istniały podziemne struktury "Solidarności", więc nie każdy
miał możliwość zaangażowania się w konkretne działania, a wielu młodych ludzi
nie chciało i nie mogło biernie patrzeć na to, co działo się w całej Polsce. Na
przykład w Tarnowskich Górach młodzi ludzie w wieku ok. 20-21 lat podjęli próbę
wysadzenia w powietrze komisariatu MO. Za przykładem starszych kolegów szli
młodsi. W Dorohusku czternastoletni Krzysiek Babiarz oraz młodsi o rok Darek
Nowosad i Piotrek Tadaniewicz zamalowali farbą pomnik żołnierzy sowieckich i
rozlepiali ręcznie napisane "ulotki o treści poniżającej ustrój oraz godzące w
jedność". Siedemnastoletni Józek Bandura z Weryni w województwie rzeszowskim,
uczeń Technikum Hodowlanego, został skazany na miesiąc aresztu za wypisanie na
wywieszonych w holu internatu obwieszczeniach dekretu o stanie wojennym: "Tępić
ruskich, trzeba z tym skończyć ZOMO, ORMO" oraz "ściągnięcie i zniszczenie w
drodze spalenia plakatów ’40. rocznica powstania PPR’ i obwieszczenia dekretu o
stanie wojennym".

"Mogli wywołać rozruchy i niepokój publiczny"

Młodocianym "przestępcom" reżimowa prokuratura stawiała najróżniejsze zarzuty. W
Toruniu dwaj siedemnastoletni chłopcy, Robert Roszkowski i Sławek
Szczepankiewicz, zostali skazani na kilka miesięcy więzienia za to, że
"znieważyli publicznie Milicję Obywatelską w ten sposób, że na jednym z budynków
przy ulicy Wojska Polskiego namalowali napis o treści: ‚ZOMO czerwone gestapo’".
Osiemnastoletnia Jola Dorsey otrzymała wyrok półtora roku w zawieszeniu, bo "na
trasie z Radomia do Kielc w samochodzie m-ki Nysa w obecności sześciu osób
poniżała osobę Premiera PRL, a nadto zrobiła to również w napisanym przez siebie
wierszu, który dała koleżance do rozpowszechnienia". Pięciu chłopców w wieku
czternastu lat sąd skazał na dozór kuratora za to, że "przy pomocy własnoręcznie
wykonanej matrycy wykonali ulotki o treści ‚Precz z łapami’ i ‚Precz z PZPR’,
następnie je rozprowadzali".
Na pobyt w zakładzie poprawczym w zawieszeniu sąd skazał pięciu szesnastoletnich
chłopców z Chełma, bo "przy użyciu ręcznie wykonanych matryc i wyżymaczki do
pralki mechanicznej, a także odręcznie sporządzali w celu rozpowszechniania
plakaty i ulotki o treści poniżającej ustrój i naczelne organa oraz godzące w
jedność sojuszniczą z państwem sprzymierzonym, co mogło wywołać niepokój
publiczny lub rozruchy". Na miesiąc aresztu sąd skazał dwudziestoletniego Marka
Bona za "czynny udział w akcji protestacyjnej poprzez noszenie w klapie kurtki
opornika radiowego działając zgodnie z wytycznymi umieszczonymi w ulotce wydanej
przez zawieszoną w działalności NSZZ". Olga Achramowicz, siedemnastoletnia
uczennica z Wrocławia, stanęła przed sądem za to, że "kolportowała sporządzone
przez siebie na maszynie do pisania ulotki, zawierające fałszywe wiadomości,
zaczerpnięte z wydawanych nielegalnie biuletynów NSZZ ‚Solidarność’ pt. ‚Z dnia
na dzień’ oraz audycji radiowych nadawanych w języku polskim przez radiostację
‚Głos Ameryki’, których treści, dotyczące nieprawdziwie podanej sytuacji w
Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego mogły wywołać niepokój publiczny oraz
wyrządzić poważną szkodę interesom Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej".

"W związku przestępnym mającym na celu przestępstwo"

Często młodzi ludzie stawali przed reżimowymi sądami z wieloma zarzutami
jednocześnie. Przykładem może być kilkuosobowa grupa młodzieży z Gdańska w wieku
od 17 do 20 lat, w której działałam razem z kolegami (Jarek Krajnik, Darek
Zarański, Wojtek Jażownik, Romek Waldowski, Grzesiek Kozłowski, Andrzej Miszk,
Krzysiek Wcisło, Grażyna Stankiewicz, Wiesiek Dawidowski, Julita Dondajewska,
Zdzisław Irczyc, Lech Wierzbicki). Zostaliśmy oskarżeni o to, że "na terenie
Trójmiasta, biorąc udział w związku mającym na celu przestępstwo wytwarzali w
celu rozpowszechniania, gromadził i rozpowszechniał różnego rodzaju nielegalne
drukowane wydawnictwa, między innymi takie jak: ‚Do młodzieży szkół Trójmiasta’
oraz ulotki nawołujące do palenia na znak protestu każdego 13 dnia miesiąca
świeczek w oknach mieszkań, informujące o nadawaniu audycji tzw. radia
‚Solidarność’, wydawnictwa pt.: ‚Dzieje rodziny Korzeniewskich’, itp., które
zawierały fałszywe wiadomości mogące wywołać niepokój publiczny lub rozruchy".

Jankowi Chmielowskiemu, Arkowi Makarowi, Darkowi Kaszubowskiemu oraz Małgosi
Chmieleckiej prokurator zarzucił, że "po wprowadzeniu na terytorium PRL stanu
wojennego, działając wspólnie, brali udział w związku przestępczym mającym cele
przestępne – czyli organizacji mającej charakter bandy, posługującej się nazwą
Ruch Młodej Polski, po wydrukowaniu techniką powielania w dniu 30.12.1981 roku w
mieszkaniu Arkadiusza Makara około 1000 ulotek tytułowanych jako ‚Oświadczenie’
podpisanych ‚Ruch Młodej Polski’, w treści którego znajdowały się stwierdzenia,
iż osoby internowane w czasie wprowadzonego stanu wojennego przetrzymywane są w
obozach koncentracyjnych, rządy w kraju sprawuje dyktatura wojskowa, a ponadto w
którym Wojskową Radę Ocalenia Narodowego określa się mianem Hunty Zniszczenia
Narodowego, rozpowszechniali te fałszywe wiadomości (…) w dniu 3.01.1982 r. od
około godz. 12.00 w Gdańsku w kościele św. Mikołaja i w kościele św. Katarzyny
rozkładając około 300 egzemplarzy posiadanych ulotek – oświadczeń RMP podczas
mszy w tych kościołach, a następnie (…) około godz. 13.00 rozpowszechniał
zawarte w ulotce ‚Oświadczenie’ podpisanym Ruch Młodej Polski fałszywe
wiadomości, rozdając egzemplarze tych ulotek pasażerom Szybkiej Kolei Miejskiej
w kolejce elektrycznej na trasie Gdańsk Główny – Gdańsk Zaspa". Młodzież była
oskarżana o udział w strajkach, wspomaganie struktur zdelegalizowanej
"Solidarności", organizowanie nielegalnych drukarni i udział w demonstracjach
ulicznych itp.

"Wyrok w imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej"

Podczas przerwy, po drugiej lekcji przyszła po mnie pani wicedyrektor i
poprosiła do swojego gabinetu. Gdy zobaczyłam dwóch tajniaków, zrobiło mi się
gorąco. Wicedyrektor powiedziała, że pojadę z nimi na przesłuchanie. Wołgą
zostałam przewieziona do Prokuratury Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie byłam
przesłuchiwana od godziny jedenastej do siedemnastej, a zgorzkniały prokurator
roztaczał przede mną najgorsze widoki na przyszłość. Na tzw. dołek doprowadzono
mnie dopiero około godziny 20.00. Przez kilka dni przesłuchania były codziennie,
przy czym jeden ubek odgrywał dobrego wujka, a drugi darł się i próbował mnie
zastraszyć. Byłam wtedy uczennicą trzeciej klasy VI LO w Gdańsku, dostałam trzy
lata pozbawienia wolności. Od początku śledztwa nie przyznawałam się do
stawianych zarzutów, twierdząc, że nie znam nikogo ze współoskarżonych. Sąd nie
uwzględnił zeznań świadków, którzy mówili, że nie mogłam rozdawać ulotek, bo w
tym dniu leżałam chora w łóżku. Jednym ze świadków była dr Wyszomirska. Po
trzech miesiącach śledztwa i aresztu zostałam przewieziona do Zakładu Karnego w
Fordonie.
W tej sprawie Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni wydał wobec nas, uczniów gdańskich
szkół, bardzo wysokie wyroki. Osiemnastoletni Arek Makar został skazany na 4
lata pozbawienia wolności, z czego blisko rok spędził w więzieniu w Potulicach,
podobnie jak Dariusz Kaszubowski (20 lat) skazany na 3 lata i Jan Chmielowski
(20 lat) skazany na 4 lata pozbawienia wolności.
Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni zasłynął w stanie wojennym z ferowania
najcięższych wyroków wobec działaczy podziemia. Skazując na 10 lat pozbawienia
wolności Ewę Kubasiewicz, sędzia Grzybowski zasądził także wyrok 3 lat więzienia
wobec jej syna, 21-letniego Marka Czachora. W tej sprawie sądzonych było 9 osób,
z czego 2 studentów miało 19 lat, ale wyrok sądu był wobec nich bardzo surowy:
Cezary Godziuk – 6 lat pozbawienia wolności (!), a Sławek Sadowski – 5 lat. W
więzieniu spędzili ponad rok, podobnie jak aresztowany 13 grudnia 1981 r.
17-letni Tomasz Bednarczyk, ciężko pobity w więzieniu w Iławie. Aresztowania
wśród młodzieży miały miejsce w całej Polsce. W Międzyrzeczu Wielkopolskim Rafał
Szczucki, 20-letni student AGH, za namalowanie na murach budynku liceum kilku
antyrządowych napisów, które według sądu mogły "wywołać niepokój publiczny",
został skazany na 3 lata więzienia. W Lublinie za udział w nielegalnej
organizacji Młodzi Piłsudczycy i kolportowanie ulotek sąd zasądził karę
więzienia 2 młodziutkim dziewczynom: 19-letnia Ula Maziarz – 9 miesięcy i
18-letnia Marzena Pędzisz – 6 miesięcy. Przykłady można by mnożyć – jest ich
bardzo wiele, a wyroki skazujące wobec młodych ludzi zapadały w całej Polsce.
Trudno dziś znaleźć dokładne dane na ten temat, ale skalę zjawiska można ocenić
choćby na podstawie osadzonych w więzieniu w Mielęcinie, gdzie utworzono
specjalny oddział dla chłopców z Pomorza Gdańskiego i Kujaw w wieku 17-21 lat. W
1982 r. przebywało ich tam prawie dwudziestu, z wyrokami od jednego do trzech i
pół roku. Sama tylko prokuratura Marynarki Wojennej w Gdyni od 13 grudnia 1981
r. do 31 maja 1982 r. prowadziła 28 postępowań z dekretu o stanie wojennym wobec
studentów i 42 wobec uczniów szkół ponadpodstawowych.

"Najgorsze było poczucie odcięcia od świata i bliskich"

Przez pierwszy tydzień siedziałam w piwnicy Komendy Wojewódzkiej, skąd
doprowadzana byłam na wielogodzinne przesłuchania. Cela była ciemna, z
niewielkim zablindowanym oknem pod sufitem. Do załatwiania potrzeb
fizjologicznych stał w kącie celi metalowy kubeł, który codziennie rano
wynosiłyśmy, aby go opróżnić. Umieszczono mnie w celi z niezwykle wulgarną,
umięśnioną kryminalistką, wytatuowaną od ramion po łokcie, która tylko w pewnym
sensie przypominała kobietę. Kazała do siebie mówić Basiura. Na całe szczęście
była tam też jeszcze jedna więźniarka polityczna. Moja koleżanka, 21-letnia
studentka Małgosia Chmielecka (skazana na rok pozbawienia wolności), przez
blisko miesiąc siedziała z Basiurą, dzielnie znosząc różne szykany i wyzwiska.
Przejmującą relację młodego człowieka można odnaleźć w prasie podziemnej: "Na
Okopowej znowu przesłuchanie, tym razem ostrzejsze: z wyzwiskami,
przekleństwami, groźbami. Klawisze przyjmujący mnie w piwnicy każą mi się
rozebrać do naga. Sprawdzają moje ubrania, zabierają pieniądze, łańcuszek,
zegarek. Potem się ubieram, biorę koc, kubek i łyżkę i podążam za klawiszem.
Wprowadzają mnie do celi. Są tam dwaj młodzi mężczyźni. Po tatuażach, które
mieli na sobie, zorientowałem się, że nie są to polityczni". Dla Beaty
Górczyńskiej, aresztowanej w 1986 r., tuż przed maturą, najgorsze było poczucie
odcięcia od świata i bliskich, bycia samemu pośród wrogów. Pierwsze widzenia z
rodzicami miała po miesiącu, ale nie było mowy o uściskach, bo od rodziców
oddzielał ją długi stół i nadzorujący widzenie funkcjonariusz SB. Niezależnie od
wieku osadzonych widzenia z rodziną odbywały się raz na miesiąc i zazwyczaj, do
czasu zakończenia śledztwa, przez szybę i słuchawkę telefonu. Rodzice
16-letniego Andrzeja Sznajdera o miejscu jego pobytu dowiedzieli się dopiero po
jedenastu dniach, kiedy został przewieziony do obozu internowania w Zabrzu.
Dla zdrowia młodocianych więźniów dotkliwy był zarówno brak spaceru (20 minut,
ale dopiero po umieszczeniu w areszcie śledczym), jak i podłe, pozbawione
witamin więzienne jedzenie. – Na śniadanie chleb i ćwiartka kostki margaryny,
czasami "kawior", czyli kawałek surowej kaszanki lub pasztetu, oraz kawa
zbożowa. Podobnie kolacja. Obiad nigdy nie zaspokajał mojego głodu. To uczucie
towarzyszyło mi zresztą przez cały czas – wspomina Andrzej Sznajder. W
zatrzymanym przez więzienną cenzurę moim liście wysłanym do babci, który po
latach został odnaleziony w zasobach IPN, pisałam: "Dzisiaj na kolację jest
tylko kawa". Braków nie mogły też uzupełnić paczki od rodzin, bo można je było
otrzymywać tylko raz w miesiącu, o wadze nie większej niż 5 kg. Boleśnie
kąsające pluskwy w więziennej celi, brak ruchu, właściwej opieki lekarskiej i
marne odżywianie doprowadziły mnie do anemii, co w karcie zdrowia odnotował
lekarz z ZK Fordon. Andrzej Sznajder przez trzy doby przetrzymywany był w
karcerze – w czteroosobowych ciasnych i niedogrzanych celach "tygrysówach", z
zapchaną ubikacją, bez dostępu do bieżącej wody. – Kiedy po dwóch dobach
wypuszczono nas wreszcie na spacerniak, z radości dostaliśmy wręcz głupawki –
wspomina.

"Uwolnić Beatę"

"To nie jest taka zwykła szkoła, w której dyrekcja może zrobić, bez słowa
sprzeciwu, co jej się tylko podoba, w której jedyną ‚pasją’ uczniowską jest
walka o zieleń dookoła, względnie o socjalizm w Kambodży czy zahamowanie
imperializmu amerykańskiego w Salwadorze, w której wtłaczanie natrętnej
indoktrynacji komunistycznej nie spotyka się z głębszą reakcją. Dyrekcja tej
szkoły zawsze musiała się liczyć z opinią uczniowską i właściwie teraz jest do
tego zmuszona, to tkwi po prostu w naturze tej szkoły. Dlatego myli się dyr.
Mosiński, myli się każdy, kto uważa, że poprzez stosowanie zamordyzmu, popartego
silnym SB-eckim zapleczem, zaprowadzi tutaj stan rzeczy, jaki w instrukcji
partyjno-milicyjnej przykazano". Fragment z konspiracyjnego biuletynu z 1984 r.
słynnej z zaangażowania uczniów w działalność antykomunistyczną gdańskiej
"Topolówki" (III LO) doskonale obrazuje atmosferę panującą w tej szkole. Nic też
dziwnego, że z jej murów zostało aresztowanych bardzo wielu uczniów. Ich koledzy
wielokrotnie dawali wyrazy solidarności z uwięzionymi. Po aresztowaniu Beaty
Górczyńskiej uczniowie III LO nosili przypięte do ubrań plakietki z jej zdjęciem
i napisem "Uwolnić Beatę". W marcu 1984 r. na dużej przerwie w auli "Topolówki"
uczniowie zorganizowali spotkanie z dyrekcją i w jej obecności odczytane zostało
oświadczenie młodzieży zaczynające się od słów: "Do tej pory Winicjusz nie
powrócił do domu i do szkoły. My, uczniowie III LO, jesteśmy tym oburzeni i
wyrażamy stanowczy protest wobec takiego postępowania z naszym kolegą".
Uczniowie III LO w Gdańsku zorganizowali w ramach akcji "Solidarność z
więzionymi rodakami" trwające przez kilka dni międzylekcyjne przerwy milczenia.
Koledzy z mojej klasy zebrali dla mnie worek słodyczy, ale naczelnik ZK Fordon
nie zgodził się na przekazanie go. Solidarną postawę zachowywała wówczas
młodzież w całej Polsce.
 

Anna Kołakowska

drukuj