Łańcuch serc dla polskich dzieci z Kołomyi

Pani przewodniczka oprowadza dzieci z Kołomyi po muzeum na Zamku
Lubelskim, dając wspaniałą lekcję polskiego zupełnie za darmo. Śniadania i
obiady w restauracji dzieci jedzą po tzw. kosztach własnych. Mali Polacy z
Kresów odwiedzili już rówieśników z kilku lubelskich szkół, zwiedzili zabytki
Lublina i Muzeum Zamoyskich w Kozłówce. Wszystko dzięki grupie zapaleńców,
którzy własnym sumptem zorganizowali ich pobyt w Ojczyźnie.

Gdy dziewczynki w strojach krakowskich i chłopiec w ułańskim czaku ze
wzruszającym kresowym zaśpiewem wykonywali na scenie Szkoły Podstawowej nr 2 w
Lublinie prawie godzinny, słowno-muzyczny program o tematyce patriotycznej,
początkowa hałaśliwa wesołość zgromadzonych w sali uczniów stopniowo malała, a
po kolejnych kresowych i legionowych pieśniach, wierszach Adama Mickiewicza,
Marii Konopnickiej czy Juliana Tuwima następowały coraz dłuższe i burzliwsze
oklaski. Niewątpliwie występ polskich dzieci z dalekiej Kołomyi, stolicy
leżącego dziś na Ukrainie Pokucia, zrobił wrażenie nie tylko na nauczycielach,
ale i na trudnych do utrzymania w ryzach w tych ostatnich dniach szkoły
uczniach.
– Moim marzeniem jest organizować częściej takie spotkania. Nazwałem je sobie
już nawet w myślach "warsztatami polskimi" – mówi Andrzej Mazurek, główny
sponsor tygodniowego pobytu w Polsce dzieci z Kołomyi. Chodzi o spotkania dzieci
i młodzieży z obu stron granicy, przebywanie razem, rozmowy, program edukacyjny.
– Nie sposób nie zauważyć, że u naszych młodych gości patriotyzm jest
autentycznie przeżywany, gdy tymczasem nasze dzieci na każdym kroku są
bombardowane innymi treściami, takimi jak tolerancja, równouprawnienie,
wspólnota europejska, a słowo "Polska" jest wymieniane gdzieś w tle, w
przedostatnim szeregu. Widać, że u polskich dzieci z Kresów Polska to wartość
pierwszorzędna. Tak więc korzyść z tych spotkań jest obopólna – podkreśla pan
Andrzej.

Przyjechali dotknąć Polski
Uczniowie na Ukrainie zaczynają wakacje na początku czerwca, w Polsce kilka
tygodni później. Tę różnicę wykorzystali organizatorzy przyjazdu po Polski grupy
14 dzieci z należącego niegdyś do Polski znanego kresowego miasta Kołomyi.
Dzięki temu mieszkający tam młodzi Polacy, którzy na co dzień uczęszczają do
szkół ukraińskich, a języka i kultury polskiej uczą się w tzw. szkółce
sobotniej, mogli odwiedzić kilka szkół w Lublinie, Tarle, Lubartowie, Ostrowie
Lubelskim i spotkać się ze swoimi rówieśnikami.
– Większość dzieci jest w Polsce po raz pierwszy, ale widać, że bardzo szybko
nawiązują kontakt z rówieśnikami z polskich szkół – zauważyła opiekująca się
grupą z Kołomyi pani Stanisława Kołusenko-Patkowska, prezes Towarzystwa Kultury
Polskiej "Pokucie" i zarazem nauczycielka w Polskiej Sobotniej Szkole im. St.
Vincenza. – To najbardziej przyspiesza naukę języka polskiego i rozwija ich
polską wyobraźnię – mówi.
Rodzin z polskimi korzeniami – ongiś najliczniejszej społeczności w ponad
50-tysięcznym mieście – pozostało dziś w Kołomyi około tysiąca. Większość, wraz
z milionami wypędzonych z Kresów w obawie przez banderowskimi rzeziami i
sowieckimi zsyłkami, opuściła miasto po 1945 roku.
– Moi rodzice byli już spakowani, ale ojciec nie chciał zostawić samej chorej
matki, więc odłożyli wyjazd – opowiada pani Stanisława. – A później zamknęli
granicę i rodzice zostali po tamtej stronie – dodaje.
Kierowane przez panią Kołusenko-Patkowską Towarzystwo Kultury Polskiej działa od
1997 roku. Prowadzi liczącą ponad 70 uczniów polską szkołę sobotnią dla dzieci i
młodzieży pragnących uczyć się języka, historii i kultury swoich przodków.
Niestety, po 5 latach Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli odwołał z
Kołomyi polską nauczycielkę. Jej rolę z konieczności przejęła pani Stanisława, z
zawodu lekarz kardiolog. Mimo monitów do dziś rząd odmawia skierowania
nauczyciela do polskich dzieci z Kołomyi. Polacy w tym mieście chcący
podtrzymywać swoją tożsamość narodową, mogą liczyć tylko na niewystarczające
dotacje ze Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" oraz pomoc ludzi dobrej woli.
W czasie pobytu w Polsce dzieci z Kołomyi, oprócz występów w szkołach i
parafiach, zwiedziły muzeum na Zamku Lubelskim, gdzie przewodniczka
przeprowadziła z nimi lekcję historii, były też w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce,
zobaczyły muzealną ekspozycję w lubelskiej archikatedrze. Organizatorzy
pomyśleli także o wspólnej z rówieśnikami z Polski dyskotece i leśnych
podchodach.

Łańcuch ludzi dobrej woli
Tak bogaty program wycieczki młodych Kresowian do Polski to efekt wspólnego
działania grupy ludzi, głównie z kilku podlubelskich miejscowości, którzy bez
oglądania się na pomoc państwa od lat czynnie wspierają polską społeczność
pozostałą za naszą wschodnią granicą w wyniku sowieckiego imperializmu i zdrady
aliantów po II wojnie światowej. Jako pierwszy do Polaków w Kołomyi dotarł Józef
Gruszczyk, rolnik z Ostrowa Lubelskiego, członek zarządu Lubelskiej Izby
Rolniczej, który 3 lata temu uczestniczył w delegacji izby rolniczej do tego
miasta.
– Gdy spytałem tam o Polaków, skierowano mnie do pani Stanisławy – opowiada
Gruszczyk. – Zobaczyłem, że boryka się z ogromnymi trudnościami przy prowadzeniu
szkoły polskiej – zaznaczył.
Gruszczyk, który z kilkoma przyjaciółmi już od lat organizował pomoc polskim
parafiom na Wołyniu, postanowił pomóc również Polakom na Pokuciu. Wspólnie
zaczęli wysyłać pomoce szkolne, powiadomili o potrzebach senatora Stanisława
Gogacza, który objął Kołomyję pomocą w ramach prowadzonej przez siebie akcji
"Polacy Rodakom". Szczęśliwy traf zetknął Józefa Gruszczyka z Andrzejem
Mazurkiem, prawnikiem prowadzącym działalność biznesową także na Ukrainie.
Wspólnie zorganizowali transport książek do nauki polskiego i kilka komputerów
dla szkółki sobotniej w Kołomyi.
– Książek było tyle, że mój pick-up o ładowności 750 kg siadł na resorach –
wspomina Andrzej Mazurek. – Jak w Kołomyi zobaczyłem, że jest to prawdziwy,
czysty wolontariat, a na każdym kroku Polacy mają tam do pokonania ogromne
problemy, głównie finansowe, zaoferowałem im, że w czasie wakacji pewną grupę
dzieci zaproszę do Polski na własny koszt – wyjaśnia.
Jednak w przedsięwzięciu uczestniczy cała grupa osób.
– Zaprosiliśmy 14 dzieci i dwie opiekunki, a liczba gości wynikała głównie z
naszych możliwości transportowych – mówi pan Andrzej. W organizację pobytu
dzieci zaangażował się cały łańcuch ludzi dobrej woli. – Razem około kilkunastu
osób, w tym koledzy, którzy cały czas wożą swoimi samochodami wycieczkę, a także
moja najbliższa rodzina, bo dzieci mieszkają w naszym domku letniskowym. Nie mam
ścisłych statystyk i rozliczeń, gdyż nie podchodzimy do tego w sposób zbyt
formalistyczny. Jesteśmy nieformalną, luźną grupą przyjaciół i znajomych. Ktoś
przychodzi, ktoś odchodzi, ważne, że zawsze się jacyś ludzie dobrego serca
znajdą – opowiada pan Andrzej.
Przy organizowaniu przyjazdu dzieci z Kołomyi nie starano się o żadne
dofinansowanie ani ze strony państwa, ani od organizacji pozarządowych.
– To nie ma żadnego sensu, gdyż wymaga za dużo zachodu i czasu. Te wszystkie
fundacje, prezesi, sprawozdania itd. to nie dla nas. Nie robimy też z tytułu tej
działalności żadnych odpisów podatkowych, choć jako specjalista od podatków coś
pewnie byłbym w stanie tu wymyślić. Ale tu nie o to chodzi – podkreśla Andrzej
Mazurek.
Indagowany o koszt całego przedsięwzięcia wyznaje, że śniadania i kolacje dla
całej grupy kosztują go dziennie ok. 500 złotych. Są też inne wydatki.
– Gdyby to robić komercyjnie, to pociągałoby to za sobą dużo większe koszty, na
pewno rzędu kilkunastu tysięcy złotych – przyznaje. – Ta kwota drastycznie
maleje, gdy w sprawę zaangażują się ludzie dobrej woli. Wkład finansowy każdego
z nich nie musi być wielki, ale sumuje się w naprawdę dużą sprawę – dodaje. Pani
przewodniczka oprowadza dzieci po muzeum na zamku, dając wspaniałą lekcję
polskiego zupełnie za darmo. Dzieci jedzą śniadania i obiady w restauracji po
tzw. kosztach własnych. Z taką postawą organizatorzy spotykają się prawie
wszędzie, gdzie przybywają z dziećmi.

O pomoc dla Polaków
na Kresach

Polska szkoła sobotnia w Kołomyi działa w wynajętym lokalu, ma problemy z
funkcjonowaniem dużej biblioteki i pracowni komputerowej, gdy tymczasem
nieopodal stoi zbudowany polskimi rękami dawny dom ludowy.
– Słyszeliśmy, że w Przemyślu władze polskie oddały Ukraińcom ich przedwojenny
dom ludowy, więc my też chcielibyśmy zwrotu naszej własności – mówi pani
Stanisława Kołusenko-Patkowska. – Pisałam w tej sprawie do władz samorządowych w
Kołomyi, ale odpowiadały, że to niemożliwe, bo mieści się tam wojenkomat, czyli
komisja poborowa. Nie słyszałam, aby gdziekolwiek na Ukrainie władze zwróciły
Polakom ich polskie domy ludowe. A w większości polskich wsi i miasteczek takie
domy stały i nie wszystkie zostały zniszczone – dodaje.
W sprawie domu ludowego w Kołomyi oświadczenie senatorskie składał także senator
Gogacz, domagając się od Ministerstwa Spraw Zagranicznych podjęcia starań o
odzyskanie polskiego budynku. Mimo zapewnień o podjęciu takich starań jak dotąd
efektów nie widać.
Wspólnota polska w Kołomyi nie jest także w stanie sama zabezpieczyć zabytkowego
cmentarza rzymskokatolickiego w mieście.
– Stale był dewastowany przez niechętnych Polsce chuliganów – mówi pani
Stanisława. – Niszczono grobowce, dla zabawy wynoszono poza teren cmentarza
trumny z kośćmi. Udało nam się już ogrodzić teren cmentarza. Zacementowaliśmy
najbardziej zniszczone mogiły.
Na cmentarzu stoi m.in. pomnik poświęcony ok. tysiącu Polaków, głównie
pochodzących z miejscowych elit, którzy za tzw. Samostijnej Ukrainy w latach
1918-1919 zostali przez Ukraińców internowani na Kosaczowie pod Kołomyją i
zginęli z głodu i chorób zakaźnych.
– Restaurujemy ten pomnik, ale nie możemy odnaleźć spisu poległych – zaznacza
Kołusenko-Patkowska.
Grobowców wymagających naprawy jest na cmentarzu ponad tysiąc, a skromne środki
pozwoliły Polakom na odnowienie w ubiegłym roku zaledwie 40 mogił. Co roku do
pracy przy porządkowaniu cmentarza przyjeżdża do Kołomyi 12 wolontariuszy z
Polski.
– Może pomogliby nam harcerze z Polski? – apeluje pani Stanisława. – Słyszałam,
że np. na cmentarzach na Wołyniu zrobili już dużo dobrego. Zapraszamy do
Kołomyi!

 

Adam Kruczek

drukuj