Kto kłamie, kto przeprasza

Jestem nawet w stanie zrozumieć aroganckie zachowanie biznesmena
Ryszarda Sobiesiaka w stosunku do mediów, czemu dał wyraz w Sejmie w dniu
przesłuchiwania go przez sejmową komisję hazardową. Świadek Ryszard Sobiesiak
miał powiedzieć w kuluarach o dziennikarzach – „swołocz”. Ale nawet gdyby użył
takiego właśnie sformułowania, to choć jest ono bardzo niegrzeczne, a nawet
chamskie, może wydawać się uzasadnione. Uzbrojeni w kamery, mikrofony
operatorzy, dźwiękowcy, dziennikarze telewizyjni często tak agresywnie zachowują
się przy dokumentowaniu tematów, że tworzą wręcz zagrożenie dla zdrowia czy
nawet życia. Widzieliśmy już wywracający się na sejmową posadzkę zbity tłum
dziennikarzy wraz z ich rozmówcami. Sobiesiak w czasie, gdy go filmowano, miał
zostać dwukrotnie uderzony w głowę kamerą telewizyjną.

Nie on pierwszy i ostatni, gdyż kamerzyści, robiąc zbliżenia, potrafią
trzymać obiektyw nawet kilka centymetrów od twarzy człowieka i trudno
powiedzieć, czy jest to operatorsko uzasadnione, czy może robione w celu
sprowokowania i wywołania jakiegoś skandalu. Wiemy przecież, jak fatalnie
wygląda w mediach człowiek, który macha rękoma przed kamerą albo odgania
kamerzystę. Wygląda to tak, jakby go bił. Wówczas taki ktoś jest przedstawiony
jako ten, kto zagraża wolności słowa i demokracji. Jest w mediach uznany za
skończonego, a skandaliczne zdjęcia pokazywane są latami, tak jak odtwarzane są
kłamliwe teksty o niewygodnych, nielubianych politykach. Do dziś znam poważnych
ludzi, którzy z pełnym przekonaniem powtarzają, że Marek Jurek jest zwolennikiem
bicia małych dzieci.
Ale „swołocz” odnosi się też do tego, co piszą
dziennikarze. Jest faktem, że potrafią kłamać w sposób absolutnie bezczelny i
bezkarny, szczególnie gdy chcą zdyskredytować nielubianą osobę albo arbitralnie
uznają, iż mają do czynienia z osobą winną. Są dziennikarze, którzy latami,
zupełnie bezkarnie, żyją z kłamliwych artykułów fałszywie opisujących zjawiska i
ludzi.
Ostatnio, grożąc procesem, zmusiłem do sprostowania i przeprosin red.
Janinę Paradowską, która pisząc o mnie w swoim blogu, stwierdziła, że
zapewniałem kiedyś gen. Wojciecha Jaruzelskiego, że kocham go jak ojca, a potem
to samo uczyniłem wobec Lecha Wałęsy. By uwiarygodnić tę nieprawdę, przywołała
„licznych świadków”, którzy dobrze ten fakt zapamiętali, gdyż tak nim byli
podobno zdumieni. Paradowska, najwyraźniej przerażona karą wysokiej grzywny,
jakiej bym od niej zażądał przed sądem, stwierdziła, że nie ma powodu
kwestionować moich słów i przeprasza mnie „za cytowanie opowieści” moich kolegów
i koleżanek z pracy. Tak się zaplątała, że „cytując”, nie wymieniła ani jednego
nazwiska.
Wracając do wściekłego na dziennikarzy Ryszarda Sobiesiaka. Z
jednej strony ma rację, gdy wytyka dziennikarzom brak kultury, agresywny ton
wypowiedzi pod jego adresem, wydawanie wyroków bez sądu itd. Z drugiej strony
niezwykle ceni sobie te wypowiedzi i wnioski dziennikarskie, które zawierają
krytykę pod adresem byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Nie przeszkadza mu,
że jest ona także pozbawiona dowodów, że jest tendencyjna i pisana na partyjne
albo na czyjeś inne zamówienie.
W „swobodnej wypowiedzi” przed komisją
hazardową Ryszard Sobiesiak uznał Mariusza Kamińskiego za „głównego bohatera
afery hazardowej”. Wręcz cytował nieprzychylną Mariuszowi Kamińskiemu prasę,
która informowała, że CBA powstało w celu znalezienia haków na rządzących, że za
przeciekiem stał osobiście Mariusz Kamiński. Sobiesiakowi nie przeszkadzało
odwoływanie się do załganych tekstów dziennikarskich, w których oburzano się na
kosztowne metody pracy CBA (agent Tomek, willa w Kazimierzu). Świadek Sobiesiak
powtarzał tak popularne wśród polityków PO i ich zwolenników teksty o:
„manipulowanych przez CBA dowodach”, „wyrywanych z kontekstu fragmentach
rozmów”, „tworzeniu załganej historii” itd. Atakując CBA, Mariusza Kamińskiego,
atakował tym samym opozycję, czyli PiS, partię odpowiedzialną za „prowokacje
CBA” wymierzone w rządzącą koalicję i zaprzyjaźnionych polityków, z którymi
Sobiesiak od lat prowadził jakieś interesy.
Jednym z większych mitów
rozpowszechnianych przez dziennikarzy na własny temat jest mit o obiektywizmie,
jakim się kierują w swojej pracy zawodowej. Z dawnych czasów doskonale pamiętam
wszystkich tych obiektywnych partyjnych dziennikarzy, którzy polecenia
otrzymywali bezpośrednio od swoich partyjnych przełożonych. Dziś partia nie
wydaje poleceń, nie musi, gdyż dziennikarze sami wiedzą, co i jak należy pisać;
kogo chwalić, a komu przywalić.
Zawód dziennikarski stanowi zagrożenie dla
wolności, gdy jego społeczna czy polityczna siła oddziaływania wynika z poczucia
bezkarności, a nie odpowiedzialności. W imieniu ojca córka Ryszarda Sobiesiaka
przeprosiła dziennikarzy za niefortunne sformułowania użyte pod adresem
dziennikarzy. Czy był to gest potrzebny? Można dyskutować. Publiczne schlebianie
dziennikarzom jako zawodowej kaście tylko wzmocni u niektórych poczucie
bezkarności. Dziennikarzy się przeprasza, a czy oni robią to samo? Nie! Dopiero
zmuszeni do tego. Nie czułem się obrażony, gdy Ludwik Dorn mówił o
wykształciuchach, gdyż nigdy się za takiego nie uważałem. Kto nie obrażał, kto
nie kłamał, nie może czuć się obrażony za „swołocz” i z pewnością nie oczekuje
też przeprosin.

Wojciech Reszczyński

drukuj