Kryzys współczesnej ekonomii i jej katolicka alternatywa

Prof. Artur Śliwiński

W komentarzach dotyczących światowego kryzysu gospodarczego oraz jego konsekwencji wiele istotnych kwestii jest pomijanych albo spychanych na margines. Maszyneria mass mediów skutecznie miele wyrastające ponad poprawność polityczną wypowiedzi czy projekty. Wskutek takiej praktyki w ciągu kilku miesięcy udało się jakoś ukształtować „poprawne” wyjaśnienie fenomenu kryzysu: to jest kryzys finansowy. Tymczasem przed londyńskim spotkaniem G-20 Ojciec Święty Benedykt XVI upomniał się o regulację świata finansów przywracającą mu normy etyczne.

Wychodząc od quasi-diagnozy, postrzegającej kryzys jedynie w aspekcie finansowym, łatwo było posunąć się o krok dalej. Kryzys finansowy można przezwyciężyć, pomagając przetrwać instytucjom finansowym i ewentualnie – wzmocnić kontrolę nad ich działalnością. Najbardziej doniosłe i istotne konsekwencje kryzysu o charakterze społecznym i moralnym można w tej sytuacji odstawić na dalszy plan. Taki motyw przewija się w stanowisku przyjętym na londyńskim spotkaniu G-20 z początku kwietnia bieżącego roku. Uczestników spotkania niewiele interesowały społeczne reperkusje kryzysu oraz możliwości wyhamowania patologicznych konsekwencji jego rozprzestrzeniania się, zwłaszcza na gospodarki słabe ekonomicznie („wschodzące”). Górę wzięły rozważania wokół głównego hasła: „globalny kryzys wymaga globalnych rozwiązań”.


Pomysły na wyjście z kryzysowej pułapki


Współczesny kryzys gospodarczy jest zbyt poważny, aby lekceważyć choćby ułomne starania na rzecz jego przezwyciężenia lub tylko złagodzenia. Dlatego unikam werbalnej krytyki stanowiska G-20, mimo że nie wywołuje ono mojego entuzjazmu. Przyciąga uwagę fakt, że jest to stanowisko demonstrujące radykalny zwrot od mikroekonomii pokładającej 100 proc. zaufania do swobodnego działania sił rynkowych w stronę makroekonomii spod znaku J.M. Keynesa postulującej interwencjonizm państwowy. To oznacza sięgnięcie po doświadczenia z kryzysu lat 1929-1933, a także chęć uniknięcia błędów polityki gospodarczej Stanów Zjednoczonych z tego okresu. Zasadniczy zwrot w polityce gospodarczej (nie tylko USA) nie przez wszystkich został w porę dostrzeżony i zrozumiany. Jeszcze teraz niektóre rządy trzymają się kurczowo „liberalnej polityki gospodarczej”, a społeczeństwa, nad którymi sprawują swoje rządy, przegrywają minimalne szanse na wyjście z kryzysu.

Polityka oparta na nowej ekonomii keynesowskiej może rzeczywiście przyczynić się do złagodzenia kryzysu. Ale też nie daje wielkich nadziei na zerwanie z jego przyczynami ani na stabilny czy choćby umiarkowany wzrost gospodarczy, ani też na to, że analogiczne kryzysy nie będą się powtarzać. Zasadniczy problem ekonomii keynesowskiej polega na tym, że jest opracowana wyłącznie dla gospodarki zamkniętej, a my żyjemy w gospodarkach otwartych (na przepływy kapitału, towarów i pracy). Pobudzanie popytu dzięki zwiększonym wydatkom rządowym (co jest kamieniem węgielnym tej ekonomii), które ma być impulsem dla wzrostu gospodarczego, kryje więc paradoks: można pobudzić wzrost innych gospodarek, ale nie własnej. Keynesizm stanowi więc wielką pokusę protekcjonizmu, której trudno się oprzeć. Nic dziwnego, że (według analiz Banku Światowego) na 15 rozwiniętych gospodarczo krajów 13 z nich w walce z kryzysem uciekło się do protekcjonizmu państwowego.

Jak wspomniałem, londyńskie spotkanie G-20 jest próbą odpowiedzi na problem: „globalny kryzys wymaga globalnych rozwiązań”. Zastosowanie „metod keynesowskich” w skali globalnej rozwiązywałoby problem. Jednak zastosowanie tych metod nie usuwa uzasadnionego niepokoju.

Po pierwsze, takie „globalne rozwiązanie” wymaga trwałego konsensusu politycznego w skali całego globu, gdyż w przeciwnym razie zostaje ono sprowadzone do roli „globalnej piaskownicy” (tam sypie się piach w oczy). Obecnie mamy sytuację, kiedy konsensus G-20 polega praktycznie na krótkookresowej zbieżności interesów USA i Chin, a poza tym na ostrożnym wyczekiwaniu pozostałych krajów dwudziestki.

Po drugie, nie mogło umknąć z pola obserwacji, że jest to konsensus „głównych” krajów, których pozostałe „wschodzące” kraje nie darzą większym zaufaniem. Nieformalny charakter G-20 jest często odczytywany jako uzurpacja, a także chęć narzucenia pozostałym krajom dyktatu ekonomicznego, prawnego i politycznego.

Po trzecie, kryzys nierównomiernie uderza w poszczególne kraje, a zatem „rozwiązania globalne” z natury rzeczy są niesprawiedliwe. Kryzys, z czym dzisiaj zgadzają się wszyscy, łącznie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym, uderza najsilniej w kraje biedne oraz najbardziej zadłużone. A co to oznacza? Oznacza, że będą zwycięzcy i przegrani.

Do tego można dodać jeszcze jeden „problem keynesowski”. Jeśli wszystko wedle ekonomii keynesowskiej polega na pobudzaniu popytu (lub skłonności do konsumpcji), to jak namówić do wydatków pobudzających popyt rządy uginające się pod ciężarem rosnącego zadłużenia zagranicznego (przerażone groźbą bankructwa państwa)? Jak wykrzesać chęć zwiększonej konsumpcji ze strony zadłużonych po uszy przedsiębiorstw i konsumentów? Także z tego punktu widzenia oczekiwanie, że oparte na keynesizmie „globalne rozwiązania” okażą się czymś trwałym lub fundamentalnym, jest mało realne.

Na marginesie można odnotować, że do tego dochodzą prozaiczne obawy, iż w „globalnych rozwiązaniach” głównie chodzi o ratowanie bankówzombi oraz posiadających silne wpływy polityczne korporacji przemysłowych czy handlowych. Jeśli nawet obawy te są przesadne, nie należy ich lekceważyć. Tkwi w nich bowiem trafna uwaga, że w G-20 dominują tendencje zachowawcze, czyli chęć zachowania globalnego status quo. Przynajmniej na jakiś czas.

Nieprzypadkowo Ojciec Święty Benedykt XVI w ocenie globalnego kryzysu finansowego, odwołując się do fragmentu Ewangelii według św. Mateusza, stwierdza: „Kto buduje tylko na rzeczach widocznych i materialnych, takich jak sukces, kariera i pieniądze, buduje dom swego życia na piasku”. Taka ułomność cechuje współczesne systemy finansowe, co dzisiaj jest aż nadto dobrze widoczne. Ale także – moim zadaniem – cechuje ona wysiłki głównych nurtów współczesnej ekonomii poszukujących wyjścia z kryzysowej pułapki. Dotychczasowe usiłowania mogą na krótką metę złagodzić sytuację, ale pułapka nie zostanie otwarta.


Gdzie jest makroekonomia, której obecnie potrzebujemy?


Takim pytaniem opatrzył swój artykuł o kryzysie ekonomii Paul Krugman, noblista, bodajże najwybitniejszy specjalista od koniunktury gospodarczej. „Ekonomiści są ponownie w tarapatach” – pisze. „Nie chodzi o to, że na świecie nie będzie załamań, które mogą się zdarzyć, ale nie ma jasności także co do obecnych zagrożeń. Przeciwnie, zarówno teoria, jak praktyka gospodarki rynkowej w dużym stopniu zależy od dostępności rozwiązań problemu niestabilności makroekonomicznej”.

To, że makroekonomia przeżywa kryzys, nie jest nadzwyczajnym odkryciem. Od lat 60. ubiegłego wieku „ortodoksja” ekonomiczna znalazła się w rękach profesury kilku ośrodków akademickich, przede wszystkim liberalnej „szkoły chicagowskiej”, a pod względem wpływów politycznych amerykańskiego Harwardu rozwijających teorie mikroekonomiczne. Wywarły one silny wpływ na unifikację ekonomii (standardy nauczania, Konsensus Waszyngtoński), co musiało zaowocować zubożeniem dyskusji i osłabieniem wielu pozostałych ośrodków naukowych.

Zabrakło odpowiednich rozwiązań problemu stabilności. Wielu poważnych ekonomistów nie jest przekonanych, że takie rozwiązanie można znaleźć w obrębie ortodoksji ekonomicznej, toteż stawia krok dalej – poszukuje alternatywy dla skompromitowanej, ich zdaniem, „ekonomii anglosaskiej”. Czy rysuje się taka alternatywa? Można odnotować oczekiwania na dobrą alternatywę dla współczesnej ekonomii, zwłaszcza ze strony społeczności szczególnie dotkniętych globalizacją, a obecnie najbardziej zagrożonych globalnym kryzysem ekonomicznym. Tutaj niezadowolenie z obecnie dominującego nurtu ekonomii jest oparte na złych doświadczeniach, które ortodoksyjni ekonomiści przemilczali lub lekceważyli, zwłaszcza na doświadczeniach z atakami spekulacyjnymi (walutowymi). Zdaniem wielu, współczesna ekonomia tolerowała, usprawiedliwiała, a nawet narzucała jaskrawe nadużycia gospodarcze i manipulacje polityczne. Mieszanka fałszywych uzasadnień ekonomicznych oraz manipulacji politycznych jest przez wielu uważana za powszechną praktykę działania rządów i organizacji międzynarodowych. Chęć wyzwolenia się spod wpływu takiej ekonomii idzie w parze z chęcią odzyskania autonomii ekonomicznej i politycznej.

W takich krajach jak Argentyna, Brazylia, Chile czy Wenezuela negatywne doświadczenia lub obawy podzielenia losu sąsiednich krajów dotkniętych atakami spekulacyjnymi ze strony Wall Street lub londyńskiego City zrodziły powszechny sprzeciw wobec amerykańskiej dominacji. Przemiany polityczne w tych krajach w mniejszym lub większym stopniu nastawione zostały na uniezależnienie się od tej dominacji, a to wymaga wypracowania i realizacji własnych koncepcji ekonomicznych i programów gospodarczych.

Podobny proces zaznaczył się również w Azji Wschodniej, najpierw jako rosnąca rezerwa Japonii wobec przenikających do Azji interesów korporacji amerykańskich, a następnie narastającego sprzeciwu krajów islamskich. Procesy te były bacznie obserwowane i analizowane w Pekinie. Doświadczenia związane z kryzysami lat 90. przyczyniły się do ukształtowania niezależnych doktryn ekonomicznych, a dzisiaj są traktowane jako cenny dorobek polityki antykryzysowej.

Wypada także odnotować zbieżność krytyki globalnych stosunków gospodarczych z różnych stron, środowisk zawodowych i organizacji. Wymownym przykładem może być deklaracja związków zawodowych przygotowana przed spotkaniem G-20, w której czytamy: „Kryzys musi oznaczać koniec ideologii wolnych rynków finansowych, gdzie samoregulacja okazała się oszustwem, a chciwość przekroczyła racjonalne normy na niekorzyść realnej gospodarki”. Deklaracja związkowa zgłasza potrzebę opracowania nowego modelu rozwoju gospodarczego, który będzie skuteczny i sprawiedliwy. Wzywa do przyznania zagadnieniom społecznym i środowiskowym przynajmniej równorzędnej pozycji z zagadnieniami handlu i finansów (Global Unions London Declaration, kwiecień 2009).

Wypowiadane są też obawy. Tak np. w postępującej degradacji obecnej ekonomii widzi się groźbę zajęcia jej miejsca przez… humanizm chrześcijański (Zbigniew Brzeziński).

Na tle tych różnorodnych oczekiwań i obaw związanych ze stanem współczesnej ekonomii staje się bardziej uzasadnione pytanie o jej katolicką alternatywę. Nie chodzi tylko o krytykę społeczną ani o ocenę zachodzących wydarzeń i problemów gospodarczych, lecz o katolicką myśl ekonomiczną jako dziedzinę społecznej nauki Kościoła. Ten artykuł może dać tylko fragmentaryczną odpowiedź na to pytanie. Problem jest zbyt złożony, aby można było zadowolić się tą krótką publikacją.


Katolicka myśl ekonomiczna


W powszechnym zgiełku medialnym giną ważne i głębokie refleksje ekonomiczne i społeczne. Ginie najważniejszy chyba fakt, że nie są to refleksje będące przypadkowymi odchyleniami od normy prasowej, lecz szeroki nurt odradzania się zdrowego krytycyzmu oraz powrotu do tradycyjnych, odrzuconych rzekomo bezpowrotnie zasad i wartości (ciągle, podkreślam, chodzi o kwestie gospodarcze). Mamy sytuację sprzyjającą przeoczeniu i niedocenianiu starań, aktywności, konsekwencji, a przede wszystkim bogatego dorobku katolickiej myśli ekonomicznej. Bo jest jasne, że nauczanie ekonomii musi opierać się na wysokim poziomie wiedzy i umiejętności.

Współczesny kryzys gospodarczy jest w Kościele traktowany wyjątkowo poważnie. Warto zauważyć, że Ojciec Święty Benedykt XVI wielokrotnie sprzeciwiał się bagatelizowaniu znaczenia obecnego kryzysu gospodarczego. W grudniu ubiegłego roku, wyrażając zaniepokojenie negatywnymi skutkami światowej sytuacji ekonomicznej (na spotkaniu z korpusem dyplomatycznym), wypowiedział znamienne słowa: „Modlę się, aby przywódcy polityczni i gospodarczy kierowali się w swych decyzjach mądrością, przezornością i uznaniem dobra wspólnego”. To silne zaniepokojenie i troska nie są niespodziewane, gdyż obawy Kościoła o nadchodzącą przyszłość gospodarczą świata narastały od dawna. Wystarczy tutaj przypomnieć fragment wypowiedzi Jana Pawła II o wymownym tytule „Nagląca potrzeba refleksji nad gospodarką” (z orędzia noworocznego, 1 stycznia 2000 roku): „(…) należy też zapytać o przyczyny narastającego niepokoju, jaki odczuwa dziś wielu naukowców i wiele osób działających na polu gospodarki, gdy w obliczu nowych problemów związanych z ubóstwem, pokojem, środowiskiem naturalnym i przyszłością młodych pokoleń zastanawiają się nad rolą rynku, nad dominującą rolą pieniądza i finansów, nad rozdźwiękiem między sferą ekonomiczną i społeczną oraz nad innymi zagadnieniami dotyczącymi aktywności gospodarczej”. Jan Paweł II apelował wówczas do ekonomistów oraz działaczy gospodarczych i polityków, by uświadomili sobie, że praktyka ekonomiczna oraz działania polityczne w tym sektorze muszą mieć na celu dobro każdego człowieka. „Nakazuje to nie tylko etyka, ale także zdrowa ekonomia”. Nie jest chyba przypadkiem, że podobne apele słyszymy od kilku miesięcy z ust Benedykta XVI (także adresowane do ekonomistów i polityków), aby „szukać rozwiązań długofalowych i w solidarności w najlepiej pojętym interesie wszystkich ludzi, szczególnie tych, którzy są narażeni na największe cierpienia wskutek obecnego kryzysu finansowego” (grudzień 2008 r.). Słyszeliśmy także, jak przed londyńskim spotkaniem G-20 Ojciec Święty upomniał się o regulację świata finansów przywracającą mu normy etyczne.


Czy ekonomia jest zbyt przyziemna?


Nadal żywotne jest przeświadczenie, że tak „przyziemne” sprawy jak wydarzenia, zjawiska czy problemy gospodarcze powinny znajdować się poza obszarem zainteresowań Kościoła. Do tego dochodzi tradycyjna opinia, że nauka społeczna Kościoła powinna zajmować się problematyką ekonomiczną w sposób raczej werbalny, przezornie zostawiając otwarte drzwi dla wszelkich teorii i koncepcji ekonomicznych albo że nie jest zdolna zaprezentować spójnej i głębokiej chrześcijańskiej myśli ekonomicznej. O ile kilka dekad wcześniej główne nurty ekonomii raczej wystrzegały się poglądów usprawiedliwiających amoralne zachowania ekonomiczne, a także wrogiego nastawienia do Kościoła, sytuacja (głównie za sprawą neoinstytucjonalizmu) uległa zasadniczej zmianie. Krótko mówiąc, takie poglądy nie powinny być przemilczane, a tym bardziej aprobowane.

Warto przytoczyć niedawne odpowiedzi Benedykta XVI na dwa istotne dla nas pytania: „Dlaczego w Kościele sądzimy, że sytuacja ekonomiczna jest bardzo poważna?”, „Dlaczego jesteśmy głęboko zainteresowani gospodarką?”. Odpowiedzi nie są bynajmniej usprawiedliwianiem tego, że Kościół zajmuje się sprawami doczesnymi. Pod tym względem pada jednoznaczne stwierdzenie: „Kościół ma obowiązek przedstawienia rozsądnej i dobrze uzasadnionej krytyki błędów, które doprowadziły do obecnego kryzysu gospodarczego”.

Papież, odpowiadając na pierwsze pytanie, stwierdza: „Jesteśmy zainteresowani gospodarką, sposobem, w jaki nasza gospodarka jest zbudowana i jak funkcjonuje, ponieważ gospodarka, struktura pracy ludzkiej oraz wymiany wiedzy, energii i zasobów stanowi kontekst, atmosferę, środowisko dla wielu moralnych decyzji ludzi”.

W odpowiedzi na drugie pytanie Benedykt XVI wskazuje na zależność między dobrym stanem gospodarki a dążeniem do szczęścia i błogosławieństwa Bożego. Nie nawiązuje (jak to czyni ortodoksyjna ekonomia) do indywidualnych pragnień czy korzyści, ale rysuje szerszą, a zarazem bardziej realistyczną perspektywę szczęścia, którego „szukamy dla siebie i tych, których kochamy – i po prawdzie, dla wszystkich ludzi”. A z tego rodzą się inne oczekiwania wobec samej gospodarki. Nie ograniczają się one do materialnego dobrobytu, lecz obejmują pozytywny wpływ gospodarki na zachowania ekonomiczne ludzi, na otoczenie, na pomyślność małżeństw, na spójność i szczęście rodzin, na więzi między rodzeństwem, a w szerszej skali społecznej – na stosunki między rasami, religiami, grupami etnicznmi i klasami ekonomicznymi.

Wracając do pierwszego pytania, które bezpośrednio dotyczy obecnej poważnej sytuacji gospodarczej w świecie, zyskujemy niebudzącą wątpliwości odpowiedź. Wszystkie te relacje – jak wyjaśnia Ojciec Święty – są dotknięte chaosem gospodarczym, a więc jednym z głównych obowiązków rządów jest zapewnienie, w sposób jak najbardziej skuteczny, prawnego i moralnego kontekstu dla stabilizacji; sprawiedliwego i zrównoważonego rozwoju gospodarczego.

Słowa Benedykta XVI nabierają dzisiaj szczególnego znaczenia. Koncentrują się bowiem na jednym – najsłabszym moim zdaniem – punkcie współczesnej ekonomii, a mianowicie na oderwaniu jej od moralnych aspektów. Tego rodzaju sterylizacja ekonomii odbyła się już dość dawno (w latach 60. ubiegłego wieku) jako skutek dążenia do uwolnienia ekonomii od wszelkich ocen wartościujących, czyli pod hasłem „czystej ekonomii”. Jednak pod koniec lat 80. za sprawą ekonomii neoinstytucjonalnej oceny o charakterze moralnym znowu wracają do ekonomii, tyle że kuchennymi drzwiami. Ekonomia neoinstytucjonalna „odkrywa”, że zachowania ludzkie są oportunistyczne (oszukańcze), ale nie traktuje tego jako ludzkiej słabości, którą należy przezwyciężać, lecz akceptuje jako stan normalny, a nawet korzystny (np. w biznesie). Współczesna ekonomia przeskoczyła więc od unikania ocen moralnych do gloryfikowania zachowań oszukańczych. Jak to się mogło odcisnąć na umysłach setek tysięcy studentów ekonomii? Stwierdzenie, że dzisiejsza ekonomia demoralizuje, zdaje się, niewiele odbiega od rzeczywistości.

W katolickiej „literaturze ekonomicznej”, a ściślej mówiąc w wielopokoleniowym dorobku katolickich myślicieli i ekonomistów, szczególne miejsce zajmują dwie, oddzielone od siebie stuleciem, encykliki: „Rerum novarum” Leona XIII oraz „Centesimus annus” Jana Pawła II. Czekamy na zapowiadaną trzecią encyklikę, która podejmie kwestie ekonomiczne – „Caritas in veritate”, w której możemy oczekiwać objaśnienia współczesnych problemów ekonomicznych, w tym obecnego kryzysu. Dobrze byłoby, aby nowa encyklika stała się w Polsce nie tylko przedmiotem krótkich komentarzy prasowych, ale podstawą ogólnonarodowej debaty, także nad stanem polskiej ekonomii i gospodarki.

drukuj