Dwie stocznie… trzy plany?

Minister Grad przerzucił część pomocy publicznej udzielonej Stoczni Gdynia na Stocznię Gdańsk m.in. po to, aby odciążyć Stocznię Gdynia przed prywatyzacją. Chciał opakować w złotko zamiast papieru pakowego, aby ktoś ją kupił

Z Pawłem Poncyljuszem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, wiceministrem gospodarki w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, członkiem sejmowej Komisji Gospodarki, rozmawia Grzegorz Lipka

Jak Pan ocenia wysłane przez Ministerstwo Skarbu Państwa do Komisji Europejskiej plany restrukturyzacji polskich stoczni?

– Rząd Donalda Tuska zaaplikował dość nerwową końcówkę. W ostatnim dniu, w ostatnich godzinach zostały wysłane plany restrukturyzacyjne. Dziwne jest to, że na dwie stocznie zostały wysłane trzy plany, czyli warianty do wyboru przez Komisję Europejską. Tymczasem Komisja oczekiwała, że to rząd zdecyduje się na jakiś krok. Rozumiem, że to wynika z tego, że przez osiem miesięcy nie zrobiono nic – nie dokonano prywatyzacji stoczni, czego Komisja Europejska od nas wymaga. Dlatego nasza ocena jest taka, że te osiem miesięcy było stracone.


Minister skarbu twierdzi, że czas został stracony m.in. przez poprzedni rząd…


– Można tak robić, jak pan minister Grad, czyli zwalać na poprzedników. Ale można by tak robić, jeśli nowy rząd miał na działanie tylko trzy miesiące. Miał na to osiem miesięcy, a jest to wystarczający czas na przeprowadzenie procedury przetargowej. Przypomnę, że nasz rząd pozostawił stocznie z uruchomionymi procedurami i wystarczyło tylko je dokończyć. Ale okazało się, że to było zbyt wiele dla Platformy.


Aleksander Grad podkreśla, że plany restrukturyzacyjne zostały po raz pierwszy przygotowane przez inwestorów.


– Przede wszystkim ministerstwo wierzyło, że Złomrex kupi jedną ze stoczni, a niedoceniony został problem, z którym nasz rząd już się borykał. Podczas naszych rządów Złomrex był zainteresowany Stocznią Gdańsk, tylko kiedy przyszedł czas wyłożenia gotówki na stół, to inwestor powiedział, że nie ma w tej chwili pieniędzy. Dokładnie tak samo było tym razem. Przez pół roku rozmawiano, jednak gdy doszło do finalizowania, Złomrex powiedział, że pieniądze może mieć dopiero za jakiś czas. Wystarczyło nas zapytać, jak my oceniamy tego inwestora po naszych doświadczeniach sprzed roku. Minister Grad może równolegle uruchamiał proces negocjacyjny z innymi inwestorami, tak żeby nie być wydanym na pastwę jednego inwestora. Nie potrafię jednak powiedzieć, na ile inwestor miał pozostawioną wolną rękę przy przygotowaniu planów.


Plan restrukturyzacji Stoczni Gdynia, jak już Pan wspomniał, został przedstawiony przez jednego z inwestorów oddzielnie oraz przez drugiego inwestora w ofercie połączenia ze Stocznią Gdańsk. Jak Pan to ocenia?


– Oferty są rozbieżne, ponieważ – jak podejrzewam – minister Grad nie potrafił zdecydować się, który program restrukturyzacyjny jest bardziej do zaakceptowania przez Komisję Europejską. Jest to wykręt wynikający z tego, że nie została przeprowadzona procedura prywatyzacyjna, ponieważ jeśli stocznia byłaby sprzedana jednemu lub drugiemu inwestorowi, minister wiedziałby, jaki jest program restrukturyzacji. A przez to, że nie przeprowadzono procesu prywatyzacji, to wysłano dwa warianty do akceptacji – co jest niepokojące. Komisja może być zirytowana z tego powodu, że nie wiadomo, do którego planu zobowiązuje się rząd.


Sugeruje Pan, że to świadczy o braku koncepcji?


– Tak, ale jest też wysyłanie wszystkiego, co ma na biurku, żeby tylko Komisja nie powiedziała, że nic nie zostało wysłane, i wydaje negatywną decyzję.


Ukraiński inwestor Donbas ISD mówi, że jeśli nie kupimy Stoczni Gdynia, to limity produkcyjne określone przez KE i konieczność zwrotu pomocy publicznej udzielonej Stoczni Gdańsk spowodują, że będziemy musieli wycofać się ze wszystkiego, łącznie z Gdańskiem.


– To prawda. O tyle jest to dziwne, że nie wiemy, skąd rządowi Donalda Tuska wyszło, że Stocznia Gdańsk ma zwrócić ponad 700 mln złotych. Za naszych czasów obliczaliśmy to na wysokość 60-160 mln zł w zależności od tego, jak będą liczone takie formy pomocy jak poręczenia czy gwarancje Skarbu Państwa czy konwertowanie długów na akcje. Do dzisiaj Komisja Europejska nie powiedziała, jak będzie to przeliczała. Ukraińska firma podczas zakupu Stoczni Gdańsk była pogodzona z dwoma scenariuszami. Odrzucają narzucone przez Unię ograniczenie mocy produkcyjnej i zwracają pomoc publiczną albo akceptują ograniczenie i mogą dalej działać w przyjętej formule. Chodziło o to, czy w ramach redukcji mocy zamknięta ma być jedna pochylnia, czy dwie – Komisja chciała, aby to były dwie, a rząd i Donbas proponowały, aby to była jedna. Na tym etapie zostały pozostawione przez nas negocjacje. Później Ukraińcy pojechali do Brukseli i usłyszeli, że mają zwrócić ponad 700 mln złotych. Komisja powiedziała: jeśli nie chcecie zwracać pieniędzy, to zamknijcie dwie pochylnie. Co oczywiście inwestorowi się nie opłaca. Ponieważ Skarb Państwa jest w dalszym ciągu właścicielem 20 proc., inwestor chciał, aby rząd pomógł w negocjacjach z KE. ISD chciał uzyskać albo większą moc produkcyjną, albo żeby rząd dołożył się finansowo do stoczni, jeśli musiałaby pracować tylko na jednej pochylni. Przez kilka miesięcy ukraiński inwestor prosił ministra, aby on albo jego urzędnicy pojechali na negocjacje, co się nie stało. Rząd nie wziął w obronę Stoczni Gdańsk, wychodząc z założenia, że jest to prywatny inwestor, więc niech sobie radzi. Jedyne, co zaproponował minister Grad, aby inwestor nie wycofał się ze Stoczni Gdańsk, to żeby kupili również stocznię gdyńską. Inwestor obliczył, że jeśli kupi też drugą stocznię, będzie miał o wiele większe limity i moce produkcyjne. Obecnie jeśli Donbas nie weźmie Stoczni Gdynia, to jest zagrożenie, że umorzy również swoje akcje w Gdańsku i się wycofa. Natomiast jeśli kupi Gdynię, to jego potencjał inwestycyjny będzie musiał być dzielony na dwie inwestycje, co moim zdaniem stwarza sytuację, że tak źle i tak niedobrze. Jest to w tej chwili wybór mniejszego zła, a nie wybranie najlepszego rozwiązania.


Związkowcy ze Stoczni Gdańsk, powołując się na wyceny renomowanych międzynarodowych firm, wskazują, że pomoc publiczna przekazana przez państwo wyniosła kilka razy mniej, niż mówi obecny rząd.


– W tym tygodniu zwracaliśmy się do rządu, aby pokazał, w jaki sposób została wyliczona kwota ponad 700 mln złotych. Były różne formy pomocy: zamiana długów na akcje, gwarancje, poręczenia, w tym pomoc dla stoczni gdyńskiej, ale na statki produkowane w Gdańsku. Jest to dalej niejasne, ale to Komisja Europejska zdecyduje, jak i co komu zalicza. Stąd też wynika rozbieżność kwotowa, aczkolwiek mogła to być rozbieżność między 60 a 160 mln zł, ale nie 60 a 740 mln. Podejrzewam, że minister Grad przerzucił część pomocy publicznej, która była udzielona Stoczni Gdynia na Stocznię Gdańsk, m.in. po to, aby odciążyć Stocznię Gdynia przed prywatyzacją. Chciał opakować w złotko zamiast papieru pakowego, aby ktoś ją kupił.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj