Chodzi o stocznie czy notowania rządu?

Mimo wyraźnych sygnałów ze strony Komisji Europejskiej, że Polska powinna przedstawić osobny plan restrukturyzacji dla Stoczni Gdańsk, Ministerstwo Skarbu Państwa będzie forsować dotychczasowy program z opcją połączenia stoczni w Gdańsku i Gdyni. Brak danych na temat szczegółów zawartych w programach oraz brak informacji o przebiegu rozmów z Neeli Kroes, unijną komisarz ds. konkurencji, sprawia, że wśród obserwatorów obecnych wydarzeń rodzą się wątpliwości dotyczące tego, czy ekipie Donalda Tuska bardziej zależy na stoczniach i losie tysięcy pracowników, cennych gruntach, na których one prosperują, czy może wreszcie na piorunującym efekcie medialnym?

Według zapewnień Macieja Wewióra, rzecznika Ministerstwa Skarbu Państwa, resort „stale pracuje” nad modyfikacją przedstawionych 12 września br. w Komisji Europejskiej programów dla trzech stoczni – w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie. – Jesteśmy w kontakcie z urzędnikami pani Neeli Kroes, komisarz ds. konkurencji, szukamy kolejnych pomysłów na uratowanie wszystkich trzech stoczni – powiedział wczoraj Wewiór w rozmowie z nami. Jego zdaniem, dobrym sygnałem dla polskich stoczni jest fakt, że komisarz w tym tygodniu nie przedstawi na forum KE swojej oceny programów dla stoczni, choć wcześniej to sugerowała. – To świadczy o tym, że jest miejsce na rozmowy i one się toczą – dodał.

„Inny” ten sam scenariusz

Jak udało nam się ustalić, MSP wystąpiło do KE z „inną” propozycją, która musi jeszcze zostać przeanalizowana od strony prawnej i ekonomicznej. Choć Wewiór nie chciał na razie mówić, co resort skarbu zaproponuje KE, to wiadomo, że nadal forsowany jest plan w opcji: Szczecin i połączenie stoczni Gdynia-Gdańsk. – Jeśli pani komisarz wyda decyzję negatywną o połączeniu zakładów w Gdyni i Gdańsku, to wówczas będziemy pracować nad osobnym rozwiązaniem dla Gdańska – dodał Wewiór. Zaznaczył, że sugestie negatywnej oceny planów nie są ostateczną decyzją i dlatego wspólny plan nadal będzie forsowany. W proponowanych rozwiązaniach inwestorzy zgodzili się m.in. na zmianę kwoty pomocy publicznej (ma być to o 100 mln zł mniej dla Szczecina) czy zmianę harmonogramu likwidacji pochylni (dla rozwiązania Gdynia-Gdańsk).

Tymczasem Jonathan Todd, rzecznik KE ds. konkurencji, podkreślił, że w obecnej chwili rozmowy ze stroną polską nie przyniosły żadnych efektów. – Poprosiliśmy o osobny plan restrukturyzacji dla Stoczni Gdańsk, ponieważ korzyść z zamknięcia tej stoczni jest najmniejsza. Zakład ten został już sprywatyzowany, a kwota dofinansowania, jaką uzyskał w przeszłości, jest dużo niższa niż w przypadku stoczni w Szczecinie i Gdyni. Dlatego zasugerowaliśmy wykonanie osobnego planu – powiedział nam wczoraj Todd.


Nie traćmy czasu!


Z działaniami ministerialnymi nie mogą zgodzić się stoczniowcy z Gdańska, którzy od dawna zabiegają o osobny plan dla swojej stoczni. – W naszej ocenie przedstawione przez polski rząd plany są nie do przyjęcia. Załoga nie zgadza się na połączenie stoczni w Gdańsku i Gdyni przy założeniu zwolnienia ok. 2 tys. pracowników – powiedział nam Karol Guzikiewicz, wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańsk. Zauważył, iż KE czeka na plan dla Gdańska i ponagla w tej sprawie. „Solidarność” wystąpiła do KE o danie szansy stoczni, na zasadach akceptowanych przez rząd, UE i związki zawodowe, oraz o czas dla zakładów w Gdyni i Szczecinie. – Lobbujemy na rzecz naszego planu, a jako cała „S” głośno mówimy, że należy dać szansę Stoczni Gdynia, ale inną niż połączenie. To było złe rozwiązanie, ono skłócało załogi. Nie wiem, na co ministerstwo skarbu czeka, dochodzą do nas głosy, że toczą się jakieś rozmowy, ale obawiam się, iż może w nich chodzić też o upadłość. Niestety, w polskim prawie sugerowana upadłość kontrolowana jest nierealna. Nasza stocznia już to przechodziła i mamy złe doświadczenia – dodał Guzikiewicz. Przyznał, że prawdą jest, iż pracownicy stoczni będącej w upadłości mieli lepsze zarobki, jednak pracę straciło wówczas kilka tysięcy osób. Dziś związkowcy obawiają się, że ISD Polska, właściciel stoczni, zredukuje plany inwestycyjne zadeklarowane 1 lutego br. Obawy o los zakładu opierają także na pojawiających się w mediach głosach o chęci „uwolnienia” atrakcyjnych terenów stoczniowych.

Na rozstrzygnięcie w sprawie stoczni niecierpliwie czekają także stoczniowcy ze Szczecina. – Poprosiliśmy pana premiera i przypomnieliśmy mu, że mamy zapewnienia, iż stocznia zostanie sprywatyzowana w ruchu, że nie będzie upadłości. Dziś rzeczywiście decyzja ta leży w rękach KE. Jednak minister Grad zapewnił nas, że ciągle trwają tam rozmowy – powiedział nam Krzysztof Fidura, szef „S” Stoczni Szczecińska Nowa. Związkowcy mają świadomość, że w przypadku upadłości kontrolę nad zakładem przejmie syndyk, który nie podlega ani ministrowi, ani premierowi. Dlatego – mimo zapewnień – chcą uniknąć takiego scenariusza.


Medialne przedstawienie?


Do sprawy stoczni ostrożnie podszedł Paweł Poncyljusz (PiS), były wiceminister gospodarki. Jego zdaniem, sygnały z KE monitujące o indywidualny program dla Gdańska, mogą świadczyć, że decyzja w sprawie stoczni jest już przesądzona, jednak sprawa może mieć też drugie dno. – Moim zdaniem, takie stanowisko jest złym sygnałem dla Stoczni Gdynia, bo de facto złożony projekt restrukturyzacji dla tej stoczni uwzględniał Gdańsk. Jeśli KE wzywa do przygotowania indywidualnego programu dla Gdańska, to tak jakby dawała sygnał, że dla Gdyni będzie wydana negatywna opinia – ocenił Poncyljusz. Według niego, gdyby KE chciała ratować stocznię w Gdyni, to dałaby to stronie polskiej do zrozumienia. Podkreślił też, że stocznia w Szczecinie, jako zakład rozpatrywany w programie osobno, nadal ma szanse. – Wydaje się, że w obecnej sytuacji próby forsowania planu z opcją połączenia Gdańska i Gdyni mają sens, gdyż jest to jedyna szansa dla Stoczni Gdynia – dodał. W przypadku negatywnej decyzji KE dla zakładu w Gdyni, to inwestor zdecyduje, czy będzie mu się opłacało zwrócić pomoc publiczną i działać przy ograniczonych mocach produkcyjnych. – Sytuacja jest dziwna, brakuje konkretnych informacji i przychodzi mi na myśl, że być może chodzi tu o zagranie propagandowe. Być może decyzje w KE już dawno zapadły, a teraz aktorzy odgrywają swoje role. Komisja Europejska udaje srogą, polski rząd udaje straszne zafrasowanie tym problemem, stwarza przeświadczenie o istniejącym niebezpieczeństwie, a w efekcie dojdzie do porozumienia i wielkiego medialnego sukcesu rządu. Z tej perspektywy patrząc, fiasko rozmów w sprawie stoczni rządowi nic nie daje – dodał były wiceminister gospodarki.

Polskie stocznie oczekują na ocenę programów restrukturyzacyjnych złożonych 12 września br. do KE. Z dotychczasowych sygnałów płynących od Neeli Kroes wynikało, że plany, po negatywnej rekomendacji komisarz, zostaną odrzucone przez Komisję Europejską. To oznaczałoby konieczność zwrotu pomocy publicznej, jaką stocznie otrzymały od maja 2005 r., a w efekcie ich bankructwo. Neeli Kroes jednak najpierw zasugerowała opracowanie indywidualnego planu dla Gdańska, a następnie zwlekała z przedstawieniem swojej oceny unijnym komisarzom – pierwotnie miała ona być ogłoszona dzisiaj.

W przypadku czarnego scenariusza stocznie mają także zostać sprywatyzowane, przy zachowaniu ciągłości produkcji. Według zapewnień ministra skarbu Aleksandra Grada, takie rozwiązania także są konsultowane z KE. Jego zdaniem, programy są dobre, ale wymagają uruchomienia dodatkowej pomocy publicznej, ponieważ nie ma takich inwestorów, którzy byliby w stanie pokryć wszystkie długi Gdyni czy Szczecina i przeznaczyć gigantyczne pieniądze na rozwój tych spółek.


Marcin Austyn
drukuj