„Ani jedna jota…” (Mt 5, 18)

Obrońcy życia (pro lifers) od dawna wiedzieli, że walka z aborcją to walka z „duchowymi potęgami”, o których pisał św. Paweł w Liście do Efezjan (6, 11). W tym świetle lepiej można zrozumieć, dlaczego aktualna „kultura śmierci” przyjmuje tak otwarcie formy religijne. A jak na to odpowiada Kościół?

Otrzymałem ostatnio niezwykłą książkę i od razu uświadomiłem sobie, że trzeba coś o niej napisać. Jest to dzieło pod tytułem „Iota unum. Analiza zmian w Kościele katolickim w XX wieku”. Autorem dzieła jest Romano Amerio dysponujący znakomitym przygotowaniem filozoficznym i teologicznym. Książka stanowi ścisłe, fachowe, merytoryczne ustosunkowanie się do nauczania Soboru Watykańskiego II i całego towarzyszącego mu zawirowania ideologicznego, religijnego, kulturowego, które jest już trudne do ogarnięcia, a będzie miało dalekosiężne skutki dla Kościoła i ludzkości. Chodzi o postrzegane z perspektywy świata i historii przemiany, które w dużym stopniu zmieniły oblicze Kościoła, choć nie zmieniły jego istoty, która opiera się na Słowie i Czynie samego Założyciela – Jezusa Chrystusa.


Poważny kryzys


Skala i głębia zmian, o których mówi książka Amerio, upoważnia do tego, by określić owo zjawisko terminem „kryzys”, lecz słowo to nie wyczerpuje jego istoty. Problem jest głębszy. Bo jak wytłumaczyć fakt, że Sobór, który miał się przyczynić do odnowy Kościoła, przyniósł takie skutki, jak porzucenie kapłaństwa przez tysiące duchownych, zachwianie wiary w centralne dogmaty chrześcijaństwa jawnie i cynicznie podważane i przeinaczane przez promotorów „unowocześnienia” Kościoła przy milczącej aprobacie Magisterium Kościoła, choć dotychczasowa dyscyplina kościelna, ta przedsoborowa, wymagałaby nałożenia poważnych sankcji w postaci ekskomuniki. Przecież mniejszą stratą jest odejście jednego „teologa”, który już przestał wierzyć w cokolwiek poza własnym rozumem, niż dopuszczenie do tego, by miliony wiernych uwikłały się w błędy dotyczcące Eucharystii, Bóstwa Chrystusa, istoty Kościoła, istoty Objawienia i wiary. Jak wytłumaczyć to, że Kościół, który miał budować mosty – w postaci dialogu z odłączonymi chrześcijanami i społecznościami pozachrześcijańskimi – doprowadził do takiego zamętu, że Kościół katolicki zaczęto traktować na równi z różnymi pogubionymi w swojej tożsamości ugrupowaniami religijnymi. Zatrzymało to cały ekumenizm w martwym punkcie i zawiesiło w próżni istotny dla Kościoła misyjny charakter jego posłannictwa. Jak to się stało, i jak wytłumaczyć fakt, że Kościół, który jest posłany do świata jako zaczyn ewangeliczny i powszechny Sakrament zbawienia i „Lumen Gentium”, zamiast przeniknąć naszą cywilizację duchem wiary i nadprzyrodzoności, sam uległ czemuś w rodzaju kontrewangelizacji, upodabniając się do świata, do jego ideologii, jego filozofii dogłębnie skażonej sekularyzmem, ciasnym antropocentryzmem i mitologią postępu opierającego się na technologii? Jak to się stało, że Kościół, który przez wieki formował cywilizację wielkiej części globu, został zredukowany do poziomu pewnych wspólnot o przekroju humanistycznym, i jest tolerowany przez wielkich tego świata jako pożyteczne zjawisko służące umocnieniu kultury o wartości jedynie doczesnej i utylitarnej?

Pytania te można mnożyć, choć trudno w ten sposób ująć całość niesłychanie bogatego zjawiska historyczno-socjologicznego. Dotykamy tu jakiejś tajemnicy. Tajemnicą jest to, że Kościół mimo wszystko istnieje i pozostaje znakiem dla świata, dla tych, którzy są zdolni odróżniać prawdę od fałszu. Tajemnicą jest także to, dlaczego wielu ludzi należących do Kościoła, włożyło tyle wysiłku, aby zafałszować naukę Kościoła, by zepchnąć go z właściwej drogi, zmieszać z prądami tego świata, zamącić transcendentne ukierunkowanie jego życia duchowego, strącić go z tych wyżyn, na których króluje Majestat Wiecznego Boga i kazać mu pełzać po ziemi, gdzie może on konkurować z różnymi odmianami socjalizmu obiecującego dobrobyt i raj na ziemi. Na ludzki rozum nie da się tego pojąć i trzeba przyjąć, że działają tutaj te „duchowe potęgi”, o których mówił św. Paweł w swoich listach. Ksiądz kardynał Ugo Poletti napisał w „L’Osservatore Romano” 7 października 1984 roku: „W latach posoborowych doszło w Kościele do czegoś, co jest być może nieuniknione po każdym znaczącym soborze, a mianowicie do dużego zamętu doktrynalnego i duszpasterskiego, który Karlowi Rahnerowi, uczonemu będącemu poza wszelkim podejrzeniem, kazał mówić wręcz o kryptoherezji. Prawdą jest, że ów klimat powoduje wśród wiernych sporą dezorientację. Trzeba wyjść z tego impasu, a za wskazówkę może nam służyć zachęta św. Pawła, aby ‚trwać przy prawdzie w miłości’ (Ef 4, 15)”.


Podobne pytania i obietnica odpowiedzi


Podobne pytania stawia dr Jeff Mirus, starając się przybliżyć swoim czytelnikom wartościową książkę autorstwa Tracey Rowland pt. „Ratzinger’s Faith: The Theology of Pope Benedict XVI” (Oxford University Press, 2009) [„Wiara Ratzingera. Teologia Papieża Benedykta XVI” – przyp. red.]. Są to pytania o Objawienie, Kościół, liturgię, moralność, Sobór Watykański II, i – jak stwierdza sam autor Jeff Mirus – są to pytania wynikające z głębokiego przenikania się Kościoła i współczesnej cywilizacji. Interesujące jest zwłaszcza to, jak autor widzi problemy moralne, a raczej samą moralność jako problem. Zauważa mianowicie, że katolicy bardziej starają się zwracać uwagę na „przepisy” aniżeli na Bożą miłość. Ponadto, kiedy w połowie XX w. zaprzestano nauczać o piekle i Boskiej karze, świadomość grzechu i sama wrażliwość moralna niemalże zanikły. Moralność została zredukowana do troski o dobrobyt, a miłość została sprowadzona do erosa, do przyjemności. Boga zaczęto sobie wyobrażać w sposób deistyczny, jako osobę, której nie powinno obrażać to, co ludzie czynią w imię swojej wolności. Prawdziwa miłość jednak zanikła. Może to teologiczne wady czy błędy Kościoła doprowadziły do tego wyjałowienia sumień? Czy samo piękno wystarczy jako motyw pobudzający do miłości? Być może dlatego, że nie powiodło się pojednanie erosa z agape, sam eros po prostu zanikł, otwierając drogę do banalizacji seksu, do uwiądu osobowych relacji między mężczyzną a kobietą. Nadto nieprawidłowe pojmowanie źródeł moralności i właściwej jej motywacji spowodowało, że ludziom wydaje się niemożliwe pogodzenie sumienia i autorytetu. Tak sformułowane wątpliwości zgadzają się w dużym stopniu z tym, co pisze Romano Amerio na temat kryzysu wywołanego przez „reformatorów” działających w imię niezidentyfikowanego „ducha Soboru”. Jeff Mirus sam nie daje odpowiedzi na postawione kwestie, lecz odsyła do wydanej w Oxfordzie książki na temat „Wiary Ratzingera”. Ja też czuję się zmuszony postąpić podobnie, nie odpowiadając na pojawiające się pytania, lecz odsyłając do kompetentnego i świetnego merytorycznie dzieła Romano Ameria „Iota unum”.


Chaos i geneza „nowej religii”


Przy okazji pragnę dotknąć niektórych współczesnych aspektów tego problemu, dorzucając interesujące szczegóły z „newsów” dostępnych w internecie. Oto OneNewsNow z 10 grudnia przekazuje wyniki pewnej sondy dotyczącej religijności Amerykanów. Okazuje się, że mają oni skłonność mieszania wszystkiego, co wygląda na religię, nie troszcząc się o identyfikację ruchów czy wyznań pod kątem ortodoksji, czy w ogóle prawdy. Interesujące jest przy tym, że niemal połowa obywateli USA – niezależnie od tego, czy należą oni do jakiejś wspólnoty religijnej, czy nie, twierdzą, że posiadają doświadczenia także o charakterze mistycznym. 29 procent twierdzi, że ma kontakty ze światem zmarłych, a więcej niż jedna piąta wierzy w reinkarnację, astrologię i praktykuje jogę. Trzech na dziesięciu protestantów twierdzi, że uczestniczy w różnego rodzaju obrzędach religijnych, nie tylko we własnej wspólnocie. Także New Age znajduje się w kręgu ich zainteresowań.

Zamęt w zakresie wierzeń i zasad moralnych prowadzi do tego, że tak zwany Kościół episkopalny w diecezji Los Angeles wybiera sobie na biskupa kobietę i to znaną z tego, że jest ona lesbijką. Ci, którzy nadal chcą się uważać za chrześcijan, krytykują ten fakt jako znak apostazji.

Przede wszystkim szerzy się agresywny laicyzm ograniczający wolność sumienia. Na przykład w szkołach okręgu Santa Rosa na Florydzie zabroniono jakichkolwiek publicznych aktów kultu, tak że nauczyciele, którzy zwykli się modlić przed zajęciami czy w ich trakcie, mogą to robić tylko w komórkach niewidocznych dla publiki („closets”) lub w szafach na książki. Także w Niemczech władze państwowe wkraczają bezprawnie w zakres odpowiedzialności rodzicielskiej, karzą rodziców więzieniem za uchylanie się od „obowiązku” posyłania dzieci na tak zwaną edukację seksualną.

Dzieją się jednak rzeczy jeszcze poważniejsze. Przemysł aborcyjny przybiera dziwne formy o cechach parareligijnych. Jest to zjawisko poniekąd zrozumiałe w kontekście przenikania się Kościoła i kultury laickiej. Kiedy człowiek odnosi się do spraw życia ludzkiego dotyczących wymiaru ostatecznego, wówczas wewnątrz tego odniesienia nieuchronnie pojawia się moment quasi-religjny. W ten sposób formowały się wszystkie pogańskie kulty związane z bałwochwalstwem. Kiedyś zastanawiało nas, dlaczego w pewnych kultach przedchrześcijańskich zabijano dzieci, ofiarowując je Baalowi czy innym bóstwom. W książce pt. „Aborcja i polityka” ks. prof. Michel Schooyans zwrócił uwagę na fakt, że nowoczesna praktyka aborcyjna przybiera specyficzne formy kultu nawiązujące do starożytnych ofiar składanych z dzieci. Zachodzi jednak pewna różnica: bóstwo, dla którego obecnie się to czyni, jest niewidoczne, nie ujawnia się, i stąd cała ta aktywność zwraca się ku nicości, choć mimo wszystko zostaje świadomość jakiegoś rytuału, który ma ratować poczucie „sensu” i stwarza pozory jakiegoś „sacrum”.

To, co w spojrzeniu ks. prof. Schooyansa miało charakter anonimowy, usiłuje się obecnie wyraźnie kierować ku Bogu. Autorzy Matt Cover i Staff Writer piszą, że Carlton Veazey, przewodniczący Religijnej Koalicji na rzecz Reproduktywnego Wyboru, uważa, że „kobiety mają – dane od Boga – prawo do aborcji i że żadna opozycja parlamentarna nie może im tego prawa odebrać”. Veazey twierdzi: „Niech nikt wam nie mówi, że ludzie religijni nie mogą opowiadać się za ‚wyborem’; wy macie to prawo nie tylko zagwarantowane w konstytucji, ale także jako dane od Boga”. Również James Tillman ujawnia w swym artykule, że Centrum Planowania Rodziny w Michigan proponuje swoje aborcyjne usługi pod pozorem „czynności świętej”. Miło urządzony gabinet, odtwarzacz wideo z włączonym filmem pt. „Każdego dnia aborcja dobrym wyborem kobiety”, wszystko to stwarza wrażenie, że „aborcja jest normalnym doświadczeniem” i że ta decyzja to „decyzja dobra”. Narrator głosi: „My wykonujemy świętą czynność, która wyraża cześć dla kobiety w kręgu życia i śmierci. Kiedy tu przychodzisz, przynoś jedynie miłość”. Film przytacza wypowiedź znanego abortera George’a Tillera, który powiedział: „Aborcja nie jest sprawą mózgu czy reprodukcji. Aborcja jest sprawą serca. Jeżeli ktoś zrozumie serce kobiety, niczego innego nie pomyśli o aborcji”.

W pewnych ośrodkach naśladuje się techniki i obrzędy stosowane w ruchach pro-life (np. Project Rachel). Prowadzi to do dziwnych sytuacji; mianowicie w niektórych ośrodkach aborcyjnych chrzci się zamordowane dzieci i odprawia się modły nad ich szczątkami albo głosi się, że aborcja, zabijając, antycypuje Boże przebaczenie, czyli udziela go przed faktem. Na stronie internetowej poświęconej uzdrowieniu stanów emocjonalnych, radzi się kobietom, aby pisały listy „do duszy dziecka, która jest w nich”. Ośrodek czyni wszystko, aby stworzyć wrażenie, że dokonuje się tam dzieło dobre, pełne miłości dla kobiety. Trudno o większe kłamstwo i większe bluźnierstwo. Jest to zarazem szczyt hipokryzji, kiedy zbrodnię usiłuje się udekorować znamionami kultu chrześcijańskiego.

Doktor Jeff Mirus demaskuje tę obłudę laicyzmu, wskazując na demoniczne korzenie owej „religii aborcji”. Autor zwraca uwagę na fakt, że zwolennicy aborcji zaczynają się posługiwać językiem religijnym. Wspomina o ośrodku aborcyjnym w Michigan i o wiecu w Waszyngtonie. Pisze: „Rzeczywiście mamy tu do czynienia ze zjawiskiem duchowym. Lecz to, co rzeczywiście się tu dzieje, to jest dzieło złego ducha”. Autor przytoczył wypowiedź znanego nam już Carltona Veazeya, który na wiecu w Waszyngtonie sprzeciwiał się stanowisku biskupów usiłujących ograniczyć poparcie rządu dla praktyki aborcji. Autor dostrzega w stanowisku Veazeya element „teologiczny” w twierdzeniu, że religia może stać za „wyborem” kobiety, czyli za wyborem aborcji. Lecz może się okazać, że ten bóg Veazeya jest w rzeczywistości złym duchem i dlatego też jego propozycja okaże się sugestią szatańską. „Nikt nie powiedział, że szatańska sugestia nie może być potężną siłą polityczną. W istocie program Veazeya przywodzi na myśl ofiary z dzieci składane Baalowi, który był bogiem czczonym w Kartaginie przez Fenicjan”. Według autora, nawet poganie z innych kręgów kulturowych, współcześni Fenicjanom, uważali ten kult za sprawę szatańską. „Była to jedna z przyczyn [dowodzi Mirus], dla której Katon domagał się zniszczenia Kartaginy”. W tekście zawartym w filmie wideo o ośrodku aborcyjnym w Michigan obecne są pewne elementy nawiązujące do staroindyjskiego kultu pogańskiego o charakterze politeistycznym. Jeff Mirus uważa, że świadczy to o metodzie pewnych ideologów dążących przez synkretyzm do jakiegoś nowego „uniwersalizmu”, który ma się okazać konkurencyjny dla chrześcijaństwa i w końcu je wyeliminować. W rzeczywistości „opróżniają doktrynę chrześcijańską z wszelkiego znaczenia, aby ostatecznie sprowadzić ją do zera”. W świetle teologii, a nawet w świetle zdrowego rozsądku, te „sakralne moce”, które niszczą miłość, mogą być utożsamiane jedynie z demonami. Działacze broniący życia (pro-lifers) od dawna wiedzieli, że walka z aborcją to walka z „duchowymi potęgami”, o których pisał św. Paweł w Liście do Efezjan (6, 11). W tym świetle można zrozumieć, dlaczego aktualna kultura śmierci tak otwarcie przyjmuje formy religijne. Trzeba zatem – kończy swój artykuł dr Mirus – „nazwać tych bogów śmierci ich właściwym imieniem”.


Na ławce rezerwowych


Wróćmy jednak do dzieła Romano Ameria. Autor przytacza charakterystyczną wypowiedź prezydenta Włoch Sandro Pertiniego przy okazji wizyty Papieża Jana Pawła II na Kwirynale dnia 2 czerwca 1984 roku. „Zaznaczył wówczas [prezydent], jak niewiele religie mogą wnieść w rozwój ludzkości. Są to ‚możliwe formy ducha humanitarnego’, który rozwija się niezależnie od nich”. Prezydent Włoch dał wyraz swemu przekonaniu, że nie są one w stanie przeszkodzić wspólnocie życia między ludźmi, ale też nie uważa ich za czynnik szczególnie sprzyjający budowaniu tej wspólnoty. „Ani wyznania religijne – stwierdził – ani opcje filozoficzne, ani te czy inne preferencje polityczne nie mogą być przeszkodą na drodze wzajemnego zrozumienia”. Doczekaliśmy się więc tego, że już nawet religia – w tym Kościół katolicki – „nie przeszkadza” duchowi tego świata w panoszeniu się na wszystkich poziomach życia ludzkiego. Tymczasem „na początku” tak nie było (por. Rdz 3, 15). Bóg ustanowił „nieprzyjaźń” między Niewiastą (symbolizującą Kościół) a szatanem, który pragnie wciąż się uobecniać jako „duch świata”, zapraszając ustawicznie do „dialogu”. Jednak ostatnim słowem Chrystusa skierowanym do szatana w scenie owego „dialogu” było: „Idź precz, szatanie” (Mt 4, 10). Kościół jest więc od tego, by przeszkadzać szatanowi w jego imperialistycznych dążeniach.


Ks. prof. Jerzy Bajda
drukuj