Motywy podjęcia decyzji o wymordowaniu polskich jeńców były i są
przedmiotem dyskusji oraz rozlicznych hipotez, gdyż nikt z bezpośrednich
decydentów nie ujawnił ani nie pozostawił wiarygodnego uzasadnienia. Wysuwane są
przypuszczenia o zemście, w tym osobistej Stalina za porażkę w wojnie 1920 roku.
Inna z koncepcji wskazuje, że zasadniczym powodem zbrodni była chęć pozbawienia
Narodu Polskiego warstwy przywódczej, elity intelektualnej, której
przedstawicielami byli zamordowani oficerowie.
Motywem mogła być też chęć oczyszczenia zaplecza przed planowaną
wojną uderzeniową na Niemcy.
Ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRS
Ławrientij Beria napisał zupełnie jasno w notatce-wniosku - z całą pewnością
wcześniej uzgodnionej ze Stalinem - że wszyscy, których należy rozstrzelać, to
"zawzięci wrogowie władzy radzieckiej, pełni nienawiści do ustroju radzieckiego,
prowadzący agitację antyradziecką, a każdy z nich oczekuje oswobodzenia, by
uzyskać możliwość aktywnego włączenia się w walkę przeciwko władzy radzieckiej".
Niewątpliwie Stalin zdawał sobie sprawę z tego, że wypuszczenie kilkudziesięciu
tysięcy jeńców-wojskowych na wolność oznaczałoby wzmocnienie polskiej
konspiracji, o której organizowaniu się jesienią 1939 r. i zimą 1940 r.
doskonale wiedziano w Moskwie.
Po powstaniu w Czortkowie (styczeń 1940 r.)
władze sowieckie zdały sobie sprawę, że cały czas muszą się liczyć z podobnymi
wypadkami.
Bez wyroku
Plany co do dalszych losów jeńców skupionych w
obozach skrystalizowały się już na samym początku: kierownictwo NKWD
konsekwentnie przybliżało moment likwidacji polskich oficerów. Notatka Berii do
KC WKP(b) adresowana do Stalina, zawierająca projekt uchwały Biura Politycznego,
zmieniła się z projektu w uchwałę z datą 5 marca 1940 r. parafowaną przez
Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa i Mikojana, z adnotacją: "tow. Kalinin - za, tow.
Kaganowicz - za".
Rozpatrywanie spraw i wydawanie postanowień uchwała
powierzała "trójce" - trzyosobowej grupie funkcjonariuszy NKWD ZSRS
kierowniczego szczebla w składzie: zastępcy komisarza ludowego Wsiewołod
Mierkułow i Bogdan Kobułow oraz naczelnik I Wydziału Specjalnego Leonid
Basztakow. Postępowania były pozbawione "zbędnej" procedury sądowej. Pozwalało
to, przy zachowaniu ścisłej tajemnicy, na "sprawne rozpatrywanie" poszczególnych
spraw, które kończyły się tylko jednym wyrokiem: rozstrzelać.
Zamordowanie 15
000 osób wymaga chłodnej kalkulacji i precyzyjnego planowania. Strzelanie z
karabinów maszynowych do dużej grupy ludzi w otwartym terenie niesie ze sobą
niebezpieczeństwo ucieczki niektórych jeńców. Opracowany przez NKWD schemat
działania wyglądał więc następująco: najpierw mężczyźni zostaną umieszczeni w
miejscu uniemożliwiającym jakikolwiek bunt. Następnie zostaną przewiezieni z
obozów na miejsce egzekucji. Podczas przerywanej postojami długotrwałej jazdy
nie otrzymają nic do jedzenia, aby jeszcze bardziej fizycznie osłabli.
Szczególnie brutalne traktowanie bezpośrednio przed uśmierceniem ma ich
całkowicie zastraszyć.
Zawodowi kaci
"Organizacja" zbrodni miała dotyczyć
wszystkich aspektów, począwszy od przygotowania transportu ofiar, poprzez wybór
miejsca i techniki zabijania, do miejsca "pochówku". Przygotowano specjalne
grupy oprawców - kwalifikowanych katów, którzy w wybranych pomieszczeniach
terenowych siedzib NKWD oraz w innych wydzielonych miejscach mieli dokonać mordu
na jeńcach i więźniach. Dobór takich grup nie był trudny.
Po doświadczeniach
w tym względzie - począwszy od zamachu bolszewików po lata 20., a szczególnie
drugą połowę lat 30. - podobne masowe akcje eksterminacyjne, idące w dziesiątki
tysięcy istnień ludzkich, poprzednicy NKWD wykonywali rutynowo. Na moskiewskiej
Łubiance, w centrali NKWD, istniała nawet specjalna komórka - Wydział
Komendantury Zarządu Administracyjno-Gospodarczego, pod którą to nazwą ujęto
formalnie w strukturze resortu grupę profesjonalnych morderców, specjalistów od
akcji masowej eksterminacji. Na jej czele stał major bezpieczeństwa państwowego
Wasilij Błochin, z wykształcenia architekt.
Grupy te zostały oddelegowane do
terenowych zarządów NKWD w Charkowie, Smoleńsku i Kalininie (dziś Twerze). W tym
ostatnim nie były na tyle liczne, by samodzielnie uporać się z wyznaczonym (a
pamiętać należy, że i "terminowym") zadaniem. Ze względu na ogromną liczbę
przeznaczonych do wymordowania osób w praktyce wspomagali ich pracownicy
miejscowych NKWD - nie tylko tzw. operatywnicy, ale też kierowcy, kucharze,
biuraliści itp.
O tym, kto brał udział w przygotowaniu i wykonaniu egzekucji
w Smoleńsku, Kalininie i Charkowie wiosną 1940 r., wiadomo od dawna. Zachował
się i został opublikowany wydany 26 października 1940 r. rozkaz Berii o
nagrodzeniu 125 osób "za prawidłowe wykonanie zadań specjalnych". 43 oficerów i
podoficerów bezpieczeństwa państwowego oraz jeden kombryg (odpowiednik generała
brygady) dostali premię w wysokości miesięcznego wynagrodzenia. Pozostali
otrzymali po 800 rubli. W przybliżeniu trud pozbawienia życia jednego polskiego
jeńca wojennego i ukrycia jego zwłok zwierzchnik ocenił na mniej więcej 5
rubli.
Ławrientij Beria sprawiedliwie nagrodził wszystkich, którzy brali
udział w zbrodni. Na liście jest kombryg Michaił Kriwienko, szef sztabu wojsk
konwojowych NKWD, które przewoziły Polaków z obozów na miejsca egzekucji. Są też
maszynistki NKWD, takie jak Tamara Babajan i Anna Razorenowa, które pewnie
przepisywały listy wysyłanych na rozstrzelanie. Są też prości kierowcy, jak
Władimir Kostiuczenko, który przewoził ciężarówką ZIS-5 ciała zastrzelonych do
masowych grobów w Lesie Katyńskim.
To wszystko zapewne wiedzą prokuratorzy z
Głównej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej, która od roku 1990 r. (wtedy
jeszcze jako GPW ZSRS) do 2005 r. prowadziła śledztwo w sprawie zbrodni
katyńskiej. Śledztwo zostało jednak zamknięte, a najważniejsze jego materiały
uznane za tajemnicę państwową.
Rozstrzeliwania organizowali i sami mordowali
przysłani z Moskwy do Smoleńska, Kalinina i Charkowa: bracia kapitan Iwan i
porucznik Wasilij Szigalewowie, kapitan Piotr Jakowlew, porucznik Iwan Antonow,
porucznik Iwan Feldman, porucznik Demian Siemienichin, porucznik Aleksandr
Dmitriew, porucznik Aleksandr Jemelianow, major Nikołaj Siniegubow. Żaden z nich
nie był zawodowym katem. W NKWD rozkaz rozstrzeliwania wydawano ludziom, którzy
byli akurat pod ręką i mieli przy sobie broń, czyli wartownikom.
Głównym
arcykatem i szefem grupy wyznaczonych do likwidacji Polaków był przysłany wiosną
1940 r. do Kalinina 45-letni świeżo upieczony major bezpieczeństwa państwowego
Wasilij Błochin. Ze wszystkich oprawców to on miał największe doświadczenie.
Pierwszego człowieka rozstrzelał na Łubiance w sierpniu 1924 roku. Potem zabijał
w zasadzie codziennie przez prawie 29 lat. Ostatniego skazańca zamordował 2
marca 1953 r., na trzy dni przed śmiercią Stalina. To Błochinowi powierzano
likwidowanie największych wrogów Sowietów; zastrzelił m.in. marszałka Michaiła
Tuchaczewskiego, pisarza-konarmistę Izaaka Babla oraz swojego byłego szefa,
ludowego komisarza bezpieczeństwa państwowego Nikołaja Jeżowa. Przez całe swoje
życie własnoręcznie zabił, jak twierdzą historycy, około 50 tys.
ludzi.
Błochin był nie tylko wykonawcą, lecz także wybitnym technologiem w
tej niemalże przemysłowej machinie zbrodni. To on zrezygnował z rewolwerów
Nagant, które jego zdaniem zbyt szybko się nagrzewały, na rzecz niemieckich
policyjnych waltherów PP. Instruował i kontrolował zbrodniarzy, że "nie należy
strzelać ofierze w potylicę, lecz starać się trafić kulą między kręgi szczytowy
i obrotowy kręgosłupa szyjnego". Dowodził, że "dzięki temu śmierć jest
błyskawiczna, krwi niewiele".
Historyk rosyjski Nikita Pietrow od lat śledzi
losy zbrodniarzy-ludobójców z Katynia. Niektórzy z nich zrobili karierę, tak jak
Siniegubow, który w 1942 r. został zastępcą ludowego komisarza (ministra) kolei
i "bohaterem pracy socjalistycznej". Większość jednak źle skończyła. Jak
zeznawał w 1991 r. Dmitrij Tokariew: "Widowisko to najwidoczniej było okropne,
skoro Rubanow postradał zmysły. Pawłow - mój pierwszy zastępca - zastrzelił się,
sam Błochin - zastrzelił się". Jednak jak twierdzi m.in. Arsenij Rogiński, szef
rosyjskiego "Memoriału" badającego zbrodnie stalinowskie, główny arcykat Józefa
Stalina za swe zasługi dorobił się stopnia generała i najwyższych orderów, zmarł
na wylew we własnym łóżku w 1955 r. i jako zasłużony weteran Wielkiej Wojny
Ojczyźnianej spoczął na honorowym miejscu cmentarza Dońskiego w centrum Moskwy.
Także Tokariew uniknął ludzkiej sprawiedliwości. Żył wygodnie z dobrej emerytury
dla zasłużonych. Zmarł pod koniec 1993 roku. Nikt nie podjął nawet próby jego
oskarżenia.
Na początku lat 90. wiadomo było o jeszcze dwóch innych żyjących
mordercach - o szefie Zarządu NKWD ds. jeńców wojennych mjr. Piotrze Soprunience
i o Mitrofanie Syromiatnikowie, lejtnancie milicji, funkcjonariuszu NKWD w
Charkowie, uczestniku akcji zabijania jeńców Starobielska. Obaj złożyli zeznania
w charakterze świadków w latach 1990 i 1991. Potem już nikt ich nie niepokoił.
Soprunienko zmarł w czerwcu 1992 r., Syromiatnikow w drugiej połowie lat 90. XX
wieku.
"Coś w rodzaju letniska"
Akcję "rozładowania" obozu w
Kozielsku NKWD rozpoczęło 3 kwietnia 1940 r., tego dnia wyjechał, rzekomo do
Polski, pierwszy transport jeńców. Podróż jednak zakończyła się na małej stacji
Gniezdowo w pobliżu Smoleńska. Stamtąd po wyładowaniu z wagonów oficerów
konwojowanych przez uzbrojonych NKWD-zistów zabierały samochody, tzw. czornyje
worony. Odjeżdżali w ostatnią drogę do Katynia, do oddalonego o cztery kilometry
lasu sosnowego, który nosił nazwę Kozie Góry.
Wstrząsającą relację z
ostatnich dwóch godzin życia jeńca z Kozielska zawiera kalendarzyk znaleziony
wiosną 1943 r. przy ekshumowanych zwłokach mjr. Adama Solskiego. Są w nim
zapiski poczynione wczesnym rankiem 9 kwietnia 1940 r. w Gniezdowie i w drodze
na skraj dołów śmierci: "9.04. Paręnaście minut przed piątą rano - pobudka w
więziennych wagonach i przygotowanie do wychodzenia. Gdzieś mamy jechać samoch
[odem]. I co dalej? 9.04. Piąta rano. Od świtu dzień rozpoczął się szczególnie.
Wyjazd karetką więzienną w celkach (straszne!). Przywieziono [nas] gdzieś do
lasu: coś w rodzaju letniska. Tu szczegółowa rewizja. Zabrano [mi] zegarek, na
którym była godzina 6.30 (8.30). Pytano mnie o obrączkę, którą... Zabrano ruble,
pas główny, scyzoryk...".
Dlaczego zabijanym oficerom zabierano pasy? Aby
ułatwić enkawudzistom-egzekutorom - jak się wydaje - zarzucenie płaszcza na
głowę ofiary oraz stłumić krzyk, wołanie o pomoc, ostrzeganie innych, którzy
jeszcze nie zostali zgładzeni, a byli niedaleko (w celi więziennej lub
samochodzie) i mogli np. podjąć walkę, próbę oporu. Po zabiciu ofiary jej okryte
płaszczem głowa i szyja wprawdzie krwawiły, ale najwięcej krwi pozostawało
wewnątrz płaszcza. Zbrodniarzom chodziło o to, aby z jadącego samochodu
wiozącego 20 czy 30 zwłok krew nie wylewała się na drogę. Z relacji byłych
enkawudzistów wiemy, że i tak wewnątrz samochodu, którym transportowano zwłoki,
było mnóstwo krwi i często należało myć wozy, aby na następny dzień były
"sprawne". A raczej na następną noc, bo egzekucji (np. w Charkowie, Kalininie
czy Smoleńsku) dokonywano nocami w tzw. więzieniach wewnętrznych NKWD, a tylko w
Lesie Katyńskim - nad ranem i przed południem. Tam oficerów rozstrzeliwano nad
dołami zaraz po dowiezieniu ich samochodami.
Profesor Stanisław Swianiewicz
tak wspominał moment przybycia eszelonu do Gniezdowa: "Z zewnątrz zaczęły
dochodzić odgłosy poruszania się większej ilości ludzi, warkot motoru, urywane
słowa komendy. (...) Pod sufitem ujrzałem otwór, przez który można było
zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz. (...) Przed nami był plac gęsto obstawiony
kordonem wojsk NKWD z bagnetem na broni. Była to nowość w stosunku do naszego
dotychczasowego doświadczenia. (...) Z drogi wyjechał na plac pasażerski
autobus. (...) Okna były zasmarowane wapnem (...) podjechał tyłem do sąsiedniego
wagonu, tak że jeńcy mogli wychodzić bezpośrednio ze stopni wagonu, nie stąpając
na ziemię. [...] Po pół godziny autobus wracał, aby zabrać następną partię".
Doły śmierci w Piatichatkach
Likwidacją obozu w
Starobielsku kierował zarząd NKWD w Charkowie pod dowództwem generała Leonida F.
Rajchmana i komendanta NKWD generała Sielonego.
5 kwietnia 1940 r. komendant
obozu w Starobielsku ppłk Bierieszkow wraz z komisarzem politycznym Kirszynem
wezwali do siebie "starszego" obozu mjr. Niewiarowskiego. Poinformowali go, że
nastąpi rozładowanie obozu, a pierwsza grupa 195 oficerów odjedzie jeszcze tego
samego dnia. Na pytanie Niewiarowskiego: "Dokąd?", padła odpowiedź: "Dokąd? Do
domu! Do waszej ojczyzny! Pojedziecie do obozów rozdzielczych, a potem do
siebie, do żon" - łgał Bierieszkow.
Do każdego transportu wybierani byli
więźniowie z różnych bloków. Metoda ta miała na celu rozbicie grup czy układów
koleżeńskich mieszkających razem jeńców, a w konsekwencji utrudnienie
ewentualnych prób ucieczek czy porozumiewania się.
Wyjazd z obozu przebiegał
według ustalonego schematu: po wyczytaniu nazwisk z listy jeńcom nakazywano
zabrać rzeczy osobiste i zgromadzić się w cerkwi centralnej na dokładną rewizję.
Tam odbierano wszelkie przedmioty metalowe, druki i notatki, potem kierowano
jeńców gęsiego w kierunku bramy głównej, zakazując rozmowy z pozostającymi w
obozie kolegami.
Skazańców wieziono koleją na stację w Charkowie, a stąd
samochodami do wewnętrznego więzienia NKWD przy pl. Dzierżyńskiego 3. Tam
sprawdzano tożsamość jeńców, krępowano im ręce, po czym wprowadzano do
niewielkiej sali, gdzie z zaskoczenia byli zabijani strzałem w tył głowy.
Egzekucje nie zawsze przebiegały po myśli oprawców - według notatki NKWD wyrwał
się im jeden z oficerów, przedostał do pomieszczenia, w którym składowano broń i
amunicję, i zaczął się ostrzeliwać. Podobno zaduszono go świecą dymną, a
następnie zastrzelono.
Zwłoki jeńców z głowami omotanymi płaszczami wywożono
w nocy ciężarówkami w VI rejon strefy leśno-parkowej ("sanatorium NKWD" - wedle
określenia miejscowej ludności) położony 1,5 km od wsi Piatichatki, po czym
wrzucano do uprzednio wykopanych dołów. Następnie posypywano je wapnem i
zakopywano.
Transporty z obozu w Starobielsku wychodziły od 5 kwietnia do 12
maja 1940 roku. Według jednych źródeł zamordowano 3739 oficerów (według innych
polskich - 3809, według sprawozdania NKWD - 3896), w tym 8 generałów.
Noc w noc
Z obozu w Ostaszkowie zamordowano 6288 osób. Od
4 kwietnia 1940 r. wywożono ich pociągiem do Kalinina, tam na dworcu kolejowym
byli ładowani do samochodów ciężarowych i przewożeni do więzienia wewnętrznego
NKWD przy ul. Sowieckiej. Procedura rozstrzeliwania była wypracowana w
najdrobniejszych szczegółach. Jeńców najpierw umieszczano w celach więziennych,
później wyprowadzano ich pojedynczo, sprawdzano nazwisko, imię, rok urodzenia,
zakładano kajdanki i prowadzono do piwnicy, gdzie w specjalnym dźwiękoszczelnym
pomieszczeniu zabijano ich strzałem w tył głowy.
Po egzekucji zwłoki
wynoszono na zewnątrz przez przeciwległe drzwi i układano na jednym z 5 czy 6
oczekujących samochodów ciężarowych, po czym nakazywano wprowadzić następnego
skazańca. I tak noc po nocy, z wyjątkiem święta 1 maja.
O świcie samochody
wyruszały szosą Moskwa - Petersburg (Leningrad) do odległej o 32 km miejscowości
Miednoje nad rzeką Twiercą. Tam na terenie rekreacyjnym kalinińskiego NKWD na
skraju lasu znajdował się przygotowany już przez mechaniczną koparkę sprowadzoną
z Moskwy dół o głębokości 4-6 m mogący pomieścić 250 zwłok. Zwłoki rzucano
bezładnie z samochodów, po czym koparka przystępowała do ich zasypywania,
szykując od razu dół na dzień następny.
Wyselekcjonowane do eksterminacji
osoby stanowiły część intelektualnej elity Narodu Polskiego, która w
odpowiednich warunkach mogła przejąć na siebie rolę przywódczą. Fizyczna
eliminacja tych osób miała zapobiec w przyszłości odrodzeniu się - w oparciu o
ich potencjał intelektualny, wiedzę i praktykę wojskową oraz, co ważniejsze,
bezprzykładne umiłowanie Ojczyzny - polskiej państwowości. Podjęta więc była z
zamiarem zniszczenia siły Narodu Polskiego, unicestwienia jego elit.
Sławomir Frątczak
Autor jest historykiem, pracuje w Muzeum Wojska Polskiego (MWP)
w Warszawie, w latach 2002-2009 był kierownikiem Muzeum Katyńskiego - Oddział
MWP.