Radio Maryja Radio Maryja Nasz Dziennik Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej TV Trwam Fundacja Nasza Przyszłość
www.radiomaryja.pl > artykuły
Tusk chciałby zwycięstwa Kaczyńskiego?
Nasz Dziennik, 2010-03-10

Rezygnacja Donalda Tuska z kandydowania na urząd prezydenta w opinii niektórych komentatorów podjęta została na skutek decyzji zewnętrznych. Pisząc o wpływach "zewnętrznych", można oczywiście mieć na myśli zarówno pozapartyjne (tajne?) struktury wewnątrz kraju, jak i zachodnie ośrodki decyzyjne. Jak podawały media, dużą rolę w owym "procesie decyzyjnym" odegrała Angela Merkel namawiająca Tuska do rezygnacji. Jeśli w tej sprawie wypowiadała się znana w Europie kanclerz Republiki Federalnej, to co dopiero mówić o kręgach nieformalnych nastawionych na reżyserowanie polityki europejskiej.

Korzyści polityczne z powyższej decyzji premiera dla reżyserów polskiej sceny politycznej są aż nadto oczywiste. Kandydowanie Tuska rozpętałoby długotrwałą wojnę domową w Platformie, zważywszy na fakt, że w ugrupowaniu tym nie ma naturalnego lidera, który mógłby przejąć taką funkcję po Tusku. Rozpad Platformy groziłby destabilizacją ogromnej części sceny politycznej, zatem decyzja o rezygnacji premiera z ubiegania się o urząd prezydenta RP ma - w przekonaniu niektórych - stabilizować scenę polityczną. Powstaje jednak pytanie, dlaczego Tusk nie wyznaczył wprost swego następcy jako kandydata PO w wyborach prezydenckich.
Wszak musiał sobie zdawać sprawę, że prawybory w PO doprowadzą do bardzo zaciętej walki frakcyjnej. Walkę tę możemy obserwować, przypatrując się chociażby działaniom Janusza Palikota, który popierając Bronisława Komorowskiego, najpierw zaatakował żonę Radosława Sikorskiego, a następnie uderzył w PiS-owskie korzenie ministra spraw zagranicznych. Musimy pamiętać, że ewentualne zwycięstwo kandydata PO w wyborach prezydenckich byłoby wielkim problemem dla Donalda Tuska. Taki nowy prezydent z PO mógłby w sensie PR-owskim bardzo szybko zdetronizować premiera. Z biegiem czasu przy umiejętnym wykorzystaniu urzędu prezydenckiego nowy prezydent mógłby zorganizować wokół siebie dużą grupę frakcyjną. Zresztą tego typu grupy już powstały - mowa tu o środowisku o bardziej konserwatywnym profilu skupionym wokół Radosława Sikorskiego i środowisku o profilu lewicowo-liberalnym wokół Bronisława Komorowskiego. Przyszły prezydent bardzo szybko zaszczyciłby awansami swoich stronników. Jego popularność zaś to też realna sposobność do tworzenia nowej formacji politycznej. Nie ulega zatem wątpliwości, że zwycięstwo Komorowskiego lub Sikorskiego w wyborach prezydenckich jest dla Tuska niebezpieczne. Można by nawet zaryzykować tezę, że dla premiera o wiele łatwiejsza do strawienia byłaby porażka kandydata PO w jesiennych wyborach.
Spójrzmy na sytuację w PiS. Wszyscy zdają sobie sprawę, że duża porażka Lecha Kaczyńskiego w jesiennych wyborach musiałaby doprowadzić do destabilizacji w partii. Uruchomiony zostałby proces walk frakcyjnych, a zarazem powstawania stronnictw alternatywnych względem PiS. Do tej pory władze tej partii wykazywały daleko posuniętą skuteczność w blokowaniu powstania prawicowej alternatywy dla Prawa i Sprawiedliwości. Sytuacja ta w jakimś stopniu była korzystna również dla PO. Czy zatem można zaryzykować stwierdzenie, że rezygnacja Tuska z kandydowania miała na celu otwarcie drogi do reelekcji Lecha Kaczyńskiego? Scenariusz taki wydaje się możliwy. Reelekcja Kaczyńskiego nie tworzy Tuskowi realnej konkurencji wewnątrz PO. Do tej pory dobrze sobie radził z konkurencją PiS. Dzięki skutecznemu PR-owi Platformie udało się realnie osłabić PiS i w świadomości społecznej wypracować przekonanie, że rządy Kaczyńskich łączą się z jakimś bliżej nieokreślonym radykalizmem (fanatyzmem). Tymczasem reelekcja Lecha Kaczyńskiego zapewniłaby również umocnienie pozycji Jarosława Kaczyńskiego wewnątrz PiS, a jest to dla Tuska przeciwnik rozpoznany, nad którym odnosi on PR-owskie zwycięstwa. Tusk mógłby zatem liczyć, że zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego nie przyniesie analogicznego zwycięstwa PiS w wyborach parlamentarnych. Wszyscy w Platformie są dziś przekonani (ale czy słusznie?), że PiS pod obecnymi rządami jest dla PO opozycją najwygodniejszą z możliwych. Spełniłoby się zatem marzenie Tuska na dalsze sprawowanie urzędu premiera w przyszłej kadencji, być może samodzielne rządy bez koalicjanta (po połknięciu PSL) i możliwość skutecznego kandydowania na urząd prezydenta za pięć czy dziesięć lat. Scenariusz to tyleż misterny, co być może utopijny, ale jeśli Tusk rzeczywiście dzisiaj został zmuszony do rezygnacji z kandydowania, to z pewnością kreśli sobie jakąś wizję politycznej przyszłości. Między bajki należy włożyć twierdzenia, że zależy mu na realnym rządzeniu, a nie na splendorze, który niesie prezydentura w Polsce. Kandydując na ten urząd chociażby przed pięciu laty, dał dowody czegoś wręcz przeciwnego.
Możemy zatem śmiało powiedzieć, że jesienne zmagania o prezydenturę są nade wszystko walką o kształt sceny politycznej w Polsce. Stabilizację tej sceny może zapewnić tylko reelekcja Lecha Kaczyńskiego. Zwycięstwo kandydata PO (zwłaszcza przygniatające) musiałoby doprowadzić do walki wewnętrznej w tej partii i osłabienia pozycji Donalda Tuska. Porażka Lecha Kaczyńskiego musiałaby generować rozłamy wewnątrz PiS. Pojawiłaby się poważna szansa na wykreowanie nowych ugrupowań politycznych. A taką szansę dają prawicowe kandydatury alternatywne dla Lecha Kaczyńskiego. Już dziś swoją kandydaturę zgłosił Marek Jurek; nie wiadomo, czy nie pojawią się też inni kandydaci. Wynik jesiennych wyborów da nam zatem zasadniczą odpowiedź na pytanie o przyszłość sceny politycznej w Polsce.

Prof. Mieczysław Ryba



Radio Maryja © 2010